Diety i teorie żywieniowe

Ostatnio przeglądane

ENSO

Newsletter

Brak diety jest najlepszą dietą (Christine Weiner) Zobacz większe

Brak diety jest najlepszą dietą (Christine Weiner)

KV099

Nowy

Nie wszyscy ludzie mają problemy z wagą: niektórzy jedzą, ile chcą, a przestają jeść, gdy się nasycą. Znają i wyczuwają prawdziwe potrzeby swojego ciata i duszy. I ty możesz się tego nauczyć. Dzięki tej książce dowiesz się, jak rozpoznawać myśli i uczucia, które skłaniają cię do jedzenia. Zamiast zadręczać się dietami i kuracjami odchudzającymi naucz się rozpoznawać wtasne pragnienia i postępuj zgodnie z nimi. Christine Weiner zabierze cię w podróż do twojego wnętrza. Rozważania i uwagi, poparte przykład

Więcej szczegółów

Ten produkt nie występuje już w magazynie

17,50 zł

Więcej informacji

  Spis treści Wstęp .............................. 9 1 Dlaczego zrezygnowałam z diet.............. 13 2 Diety to absurd....................... 20 3 Czym jest dla mnie jedzenie................ 27 4 Na początku było lustro..................... 40 5 Rola wewnętrznych przeświadczeń............. 55 6 Potrzebujemy nowych wyobrażeń............. 64 7 Jak z tego wyjść....................... 76 8 Dostarcz swojemu ciału informacji............. 100 9 Ocena jakości: doskonały!................. 111 10 Nie samym chlebem człowiek żyje............. 118 11 To okropne uczucie w brzuchu............... 138 12 Radość z ruchu....................... 155 13 Znowu porażka? Nie! Droga do sukcesu.......... 162 14 Podsumowanie........................ 173 Podziękowania.......................... 182 Indeks.............................. 183   1 DLACZEGO ZREZYGNOWAŁAM Z DIET Waga nieczynna Przypominam sobie, że dawniej ważyłam się przy każdej okazji. W Wiedniu, gdzie właśnie przebywam, na chodnikach Ringu w latach osiemdziesiątych stały co kilka metrów wielkie, uliczne wagi osobowe. Przyjechałam tu wtedy jako zwykła, anonimowa turystka. I codziennie stawałam na jednej z tych wag - ale nie na dowolnej, tylko na konkretnej, wybranej (wcześniej wypróbowałam je wszystkie). Nieźle sobie wtedy dogadzałam, objadałam się sznyclami, wiejskimi kiełbaskami, tortem Sachera, knedlami piwnymi i naleś­nikami. Moja waga rejestrowała to, oczywiście, a ja codzien­nie obiecywałam jej poprawę. Przyrzekłam sobie, że zabiorę się do tego naprawdę i na poważnie, i że w przyszłości będę się żywić pomidorami i marchwią, a nie deserami lodowymi z bitą śmietaną. Ale, oczywiście, nijak nie udawało mi się wytrwać w tych postanowieniach i stale miałam pretensje sama do siebie: „Jestem beznadziejna!" - myślałam - „Nie potrafię wziąć się w garść nawet na kilka dni. Jeszcze trochę, a będę gruba jak beka!". Z pogardą przyglądałam się mojemu coraz bardziej tłuś­ciejącemu ciału i z lękiem stawałam na wadze, która, jakżeby inaczej, bezlitośnie, czarno na białym, wykazywała moje łakomstwo. Waga była tą lepszą z nas, to jasne. Ona była zawsze w porządku, a ja - zawsze nie w porządku. Chociaż tak bardzo chciałam schudnąć i jeść tylko same zdrowe rzeczy. Chciałam się powstrzymać, ale uwodzicielska siła kluseczek, tortów i ciastek była zbyt wielka. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że takie postanowienia nic nie dają. I nie miałam też pojęcia, że wszystkie diety i kura­cje odchudzające, o których czytałam albo które wymyś­lałam sama, w dłuższej perspektywie nie prowadzą do ob­niżenia wagi. Chciałam schudnąć. Na nieszczęście byłam wtedy w urlopowym nastroju. A urlopowy nastrój oznaczał wtedy dla mnie: jeść, jeść i dogadzać sobie, kiedy tylko nadarzy się okazja. No, a w Wiedniu okazja nadarza się dosłownie co krok. Kiedy któregoś z tych urlopowych dni znowu z biciem serca podeszłam do mojej wagi, zobaczyłam, że cyferblat zakrywa kartka, na której ktoś napisał odręcznie: „Waga nie działa!". Przez chwilę stałam osłupiała, potem ode­tchnęłam z ulgą, a potem poczułam się jak przyłapana na gorącym uczynku. Bo też cóż to była za upokarzająca gra, w którą przez kilka dnia grałam sama ze sobą! Co to za pomysł, by każdego dnia publicznie ważyć się na ulicy, ukradkiem, ze wstydem spoglądać na wynik, a potem pla­nować kuracje i diety, z których i tak nic nie wychodzi? Sama siebie dręczyłam! Prawie popsułam sobie urlop. Ta karteczka była jak kurtyna, która nagle się podniosła. Za nią odsłoniły się kulisy, z całym swoim bałaganem, ale i tak mogłam się zorientować, o jaką sztukę prawdopodob­nie tu chodzi: Christine Weiner nie wie, czy jest gruba, czy nie. Musi pytać o to wagę. To jakaś waga miała mi zapewnić poczucie objętości włas­nego ciała! Waga, o której nie wiedziałam nawet, czy jest dokładna. Może naprawdę ważyłam mniej. A może jeszcze więcej? W zamyśleniu szłam dalej ulicami mojego ukochanego miasta, z daleka omijając wszystkie wagi, które czyhały na mnie na chodnikach. Koniec diet Od tamtego urlopu w Wiedniu minęło już dwadzieścia lat. W którymś momencie przestałam nie tylko ciągle kontrolować moją wagę, ale i stosować diety. Niezależnie od tego, co jadłam, jakoś ciągle zachowywałam tę samą figurę. Raz jadłam pierogi, a raz kiszoną kapustę. Raz chudłam, a raz przybierałam na wadze. Niekiedy udawało mi się przez kilka dni powstrzy­mać się od objadania, a potem znów pakowałam w siebie wszystko jak leci. Ciągle chciałam zrzucić parę kilogramów -i ciągle mi się to nie udawało. Aż wreszcie doszłam do wniosku, że moja waga ma coś wspólnego nie tyle z samymi potrawami, ile z tym, że jem zawsze, gdy tylko nadarza się okazja - niezależnie od tego, czy odczuwam głód, czy też nie. Także stosując diety i kuracje odchudzające jadłam nie wtedy, gdy byłam głodna, tylko o porach przewidzianych w diecie. Pochłaniałam wtedy masami rzeczy, które wolno mi było jeść (ale na które czasem kompletnie nie miałam ochoty). Nigdy mi nie wychodziło z tymi kuracjami - i byłam przekonana, że to moja wina. Kolejne nieudane próby utwierdzały mnie w przekonaniu, że się do niczego nie nadaję - nie potrafię wytrzymać nawet kilku tygodni. Jedzenie według instrukcji Moja niechęć do diet bierze się nie tylko z przekonania o ich nieskuteczności, ale i stąd, że jestem po prostu za leniwa, by je stosować. Nie chce mi się myśleć o tym, jakie produkty spożywcze wolno mi kupować, ani też spożywać posiłków w ściśle określonych porach. Nie znoszę wypisywania list zakupów, chodzenia po supermarkecie z karteczkami w ręku i długiego zastanawiania się przed regałami, który produkt jest dozwolony, a który zabroniony. O, nie, to za wielki wysiłek, nie mówiąc już o nadmiernym ograniczeniu. A ponad­to, bądźmy szczerzy: wystarczy trochę pomyśleć, by samemu dojść do tego, co warto kupić, a co nie! Bo oczywiście nie trzeba czytać dietetycznych poradników, aby wiedzieć, że koktajl mleczno-czekoladowy o długim okresie przydatności do spożycia nie jest cennym źródłem witamin, a w dodatku tuczy. To oczywiste. Nikt też nie musi mi wyjaśniać, że tłusty serek śmietankowy dostarcza więcej kalorii niż chudy twaróg. Takie rzeczy się wie. Po pierwsze, od lat wbijają nam to do głowy, a po drugie - każdy wie to z własnego doświadczenia: informuje nas o tym własny brzuch. Kiedy wsłuchamy się w swoje ciało, udzieli nam ono informacji, co jest dobre i lekkostrawne, a co nie. Wszystko, co jak ołów zalega w żołądku, zalega potem także na biodrach i brzuchu! Także ty masz zdrowy instynkt Natura wyposażyła nas wszystkich w zdrowy instynkt za­spokajania głodu. Jednak wiele osób, które zgłaszają się do mnie po poradę, utraciło zdolność odczytywania naturalnych sygnałów swojego ciała - czyli w tym przypadku: informacji płynących z brzucha; zapomniało o kompetencji własnego ciała. Ludzie ci, mimo kolejnych nieskutecznych prób, radoś­nie podnieceni ochoczo rzucają się na kolejną nową „cudowną dietę", zachwalaną przez kobiece pisma i obiecującą stracenie czterech kilogramów w ciągu tygodnia. No tak, tylko gdzie się podziewają owe stracone kilogramy? Jest na nie przewidziane jakieś miejsce? Magazyn, gdzie są składowane, a po­tem, po sprawdzeniu adresu zwrotnego, odsyłane z powrotem? Musi chyba tak być, skoro po każdej diecie waga znowu skacze w górę. W takim razie po co w ogóle męczyć się przez cały tydzień? IV Ty też możesz zaufać zdrowym instynktom s jego ciała. Mnie nie zwiodą już żadne obietnice cudownych diet. Nie mam najmniejszej ochoty godzić się na pomysły kolejnych specjalistów od odchudzania, którzy co raz to odkrywająjakieś rewelacyjne sposoby. Ci ludzie chcą po prostu zarobić na mnie pieniądze. I ja, i moja figura są im w zasadzie obojętne. Idzie o zysk. A osiąga się go dzięki klientom, którzy mają problemy z wagą. Odkąd specjaliści stwierdzili, że samo słowo „dieta" już nie wystarczy, aby wzbudzić zainteresowanie, wynajdują się stale nowe nazwy, terminy, podsuwają coraz to nowe pomysły. Kiedy to dostrzegłam - i nie tylko to! - powiedziałam sobie: dość! Nie skusiła mnie nawet cudowna, magiczna zupa z ka­pusty, która ma przecież sprawiać, że ciało niejako samo z siebie spala nadmiary tłuszczu. Nie mam po prostu ochoty mieszkać w mieszkaniu, w którym dzień w dzień zalatuje kapuśniakiem. (Nie mówiąc już o delikatnej kwestii wzdęć i wiatrów). Jasne, że natychmiast pojawią się argumenty, że dzięki zupie kapuścianej rzeczywiście można schudnąć. Moje przyjaciółki opowiadały mi o tym z zachwytem: „Patrz! Nigdy dotąd mi się nie udało. Rewelacja!" - I na dowód z dumą prezentowały luźne w pasie spodnie. Ale kiedy potem znowu tyły, mimo owej magicznej diety, nie przychodziły, żeby mi o tym powiedzieć. A ja nie komentowałam, z czystego po­czucia siostrzanej solidarności. Jestem pewna, że już wkrótce pojawi się nowa, rewelacyjna dieta, nowa genialna metoda - oparta na rzekomo naukowych podstawach i dająca nadzieję na zgubienie paru kilogramów... Nieszczęsne kilogramy! Zgu­bione, znowu będą pochlipując leżały na ulicy... Ale bardzo szybko znajdą was z powrotem, babeczki... Klasyczny temat kobiecy Nawet jeśli ten temat interesuje także mężczyzn, nie ma co się oszukiwać - dietom, głodówkom i wszelkiej maści od­chudzającym kuracjom ulegają zwykle kobiety. Kobiety kur­czowo trzymają się diet. Mężczyźni nie. Wolą raczej pójść na trening. Kobiety wyszukują sobie dietę, która do nich pasuje. Ten sposób wybierania znają z poradników psychologicznych - tych dotyczących wyboru partnera. Różnica jest tylko taka, że tam obiektem pożądania jest mężczyzna. Tak czy owak kobiety ciągle muszą coś w sobie poprawiać: i to, i jeszcze tamto... zawsze znajdzie się coś, na co trzeba co zwrócić uwagę, co powinno być inne, lepsze. Kobiety stają przed lustrem, a to co w nim widzą, jest „nie takie", jak powinno być. Kiedy rozmawiam o tym z moimi koleżankami, przyjaciół­kami, z uczestniczkami moich programów i treningów, przy­pominam sobie, jak to i ja dawniej ciągle miałam sobie coś do zarzucenia. Dosłownie sama siebie zamęczałam: głodówki, ćwiczenia, siłownia. I byłam wiecznie niezadowolona. Wiecz­nie narzekałam. Pod tym względem nie byłam wyjątkiem. Świadomie piszę: nie byłam, gdyż tymczasem nauczyłam się już znajdować w sobie i u siebie to, co mi się podoba - a nie koncentrować się na tym, czego nie lubię. I rzeczywiście lubię w sobie bardzo wiele rzeczy. Są też i rzeczy, które nadal mi się nie podobają. Tak to już jest. Lubić siebie znaczy: przestać narzekać Pierwotną tęsknotą człowieka jest czuć się dobrze w swojej skórze i lubić siebie. Jeśli i ty odczuwasz taką potrzebę, zacznij odnosić się przyjaźnie do swojego ciała i swojej duszy. Nau­czyć się akceptować siebie takim, jakim się jest, ze wszystkimi swoimi słabościami, nadziejami i celami, to proces, który wymaga czasu, cierpliwości i mnóstwa ciepłych słów, gestów i myśli. Musimy przy tym odkryć, co robi nam dobrze, a co nie. Ludzie na ogół nie dają sobie dość czasu na to ciche obserwowanie siebie. Ledwie coś tam piśnie w duszy, a już robią się nerwowi i uczynią wszystko, by tylko poczuć się lepiej, by to szczypanie w duszy ustało. Jeśli problem dotyczy urody - zaczynają mniej jeść, robią sobie lifting, odsysanie tłuszczu, łykają rozmaite tabletki, biorą na przeczyszczenie, zażywają więcej ruchu, zmieniają jadłospis albo nawet udają się na terapię. Oczywiście istnieje wiele rozsądnych sposobów, by nauczyć się akceptować siebie. I jest też cała masa nonsensownych pomysłów i bzdur. Gdy zapytać o samoakceptację, wiele osób odpowiada, że tak, że polubiłyby siebie, gdyby schudły, wtedy tak, wtedy jak najbardziej. „Ale taki serdel jakim jestem, nie, to mi się nie podoba" - tak powiedziała jedna z moich klientek, żartobliwie, chociaż wcale nie było jej do śmiechu. A tak na marginesie: miłość bywa trudna. Kochać siebie to dbać o siebie. To dbanie może różnie wyglądać - tak jak różne są oblicza miłości. Może oznaczać zrzucenie paru kilogramów, chociaż niekoniecznie. Ale jedno wiem na pewno: nie chodzi tu o diety.