Dla ducha

Ostatnio przeglądane

ENSO

Newsletter

Pokonaj Cienie przeszłości (Kazimiera Sokołowska) Zobacz większe

Pokonaj Cienie przeszłości (Kazimiera Sokołowska)

KV078

Nowy

Czy marzysz co rano o tym, żeby dzień skończył się jak najszybciej? Wydaje Ci się, że wszyscy wokół są wrogo nastawieni do Ciebie? Czujesz, że nic nie sprawia Ci radości? Czy wiesz, że mogą to być objawy depresji? Niewykluczone, że jest ona spowodowana także trudnymi przeżyciami z dzieciństwa, które rzutują na Twoje dzisiejsze życie. Podobnie czuła się autorka. Pokazała jednak, że hartem ducha i konsekwencją jesteśmy w stanie pokonać wszystkie problemy wynikające być może z traumatycznej przeszłości.

Więcej szczegółów

Ten produkt nie występuje już w magazynie

19,10 zł

Więcej informacji

  SPIS TREŚCI WSTĘP............................................................................... 7 POBYT W PLACÓWCE PSYCHOLOGICZNEJ ......... 11 KOCHAM I AKCEPTUJĘ SIEBIE....................................... 23 MARZENIE A WIARA ........................................................ 95 ROZMOWA Z LĘKIEM..................................................... 103 LĘK I MOJE REAKCJE NA NIEGO................................. 107 ZAKOŃCZENIE................................................................... 111   WSTĘP Jestem lekarzem, jestem prawnikiem, jestem prezesem ban­ku, jestem znanym pisarzem, jestem... Takie stwierdzenia nadal budzą respekt i podziw innych. Tych osobników określa się jako ludzi sukcesu, szufladkuje się ich od zarania jako istoty lepszej kategorii, którzy zajmują wysoki szczebel drabiny spo­łecznej. Pomija się ich zachowanie w stosunku do innych i war­tości moralne, którymi się kierują w życiu codziennym. Jestem rodzicem. Takie stwierdzenie najczęściej wywołuje ironiczny uśmiech, a w głowie automatycznie nasuwa się od­powiedź: „Też mi osiągnięcie. Każdy zdrowy człowiek może być rodzicem, nawet zwierzęta mają swoje potomstwo". Jestem daleka od osądzania zwierząt, ale ten przykład nasunął mi się spontanicznie, ponieważ na lekcjach języka polskiego już od­miana przez przypadki zaszeregowała zwierzęta do rzeczy: kto? człowiek, co? zwierzę. Jakże mylna jest w wielu przypadkach hierarchia wyko­nywanych czynności. Osobiście uważam, że w prostocie tkwi wielkość i wszelkie sprawdzone przez ludzkość mądrości. Kobietę zajmującą się „tylko" wychowywaniem dzieci i prowadzeniem domu, uznaje się potocznie za kurę domową, za osobę, która zdaniem większości zajmuje niski szczebel dra­biny społecznej. To ona wychowa przyszłego lekarza, prawnika, prezesa, pi­sarza i rodzica. Dlatego rola matki i ojca jest jedną z najważ­niejszych ról w życiu człowieka. W każdym z nas w większym, bądź w mniejszym stopniu tkwi małe dziecko, a w tym dziec­ku poglądy i prawdy przekazane przez rodziców i środowisko, w którym zostało wychowane. To są nasze korzenie. Gdzie można uzyskać wiedzę na temat odpowiedzialnego, lojalnego i wrażliwego na ludzką krzywdę rodzica? W szkole? W mediach? W prasie? Nie! Nie ma takiej edu­kacji. Może tematyka niektórych filmów porusza w minimalnym stopniu cechy dobrego rodzica. W niektórych publikacjach o wychowaniu przyszłego po­kolenia można uzyskać ogólną wiedzę. Nasuwa się pytanie, kto czyta takie książki. Chyba tylko studenci, gdy uczą się na obo­wiązkowe egzaminy. Gdy jesteś rodzicem małego dziecka, tylko od ciebie zale­ży jak zaprogramujesz umysł swojego potomka. Zapewne zda­jesz sobie sprawę z tego, że jesteś dla swojej pociechy pierwszą i najważniejszą osobą, która uczy go poznawania świata. Dziecko przyjmuje słowa i poglądy bez filtra, bo jesteś dla niego autorytetem. Kocha cię całym sercem i duszą. Twoja prawda o otaczającej rzeczywistości staje się jego prawdą. Dziecko nie analizuje two­ich poglądów i czynów, bezkrytycznie wierzy w to, co mu prze­kazujesz. Ty jesteś najważniejszym nauczycielem dla dziecka. Jeżeli codziennie będę mówiła dziecku, że jest nieudane, że nic nie potrafi zrobić, że do niczego się nie nadaje, uwierzy, że jest nieudacznikiem i ofiarą losu. Będzie dorastało w tym prze­konaniu i przeniesie cudze poglądy o sobie na dorosłe życie. Będzie bało się podjąć jakiekolwiek ryzyko czy przedsięwzię­cie, ponieważ jego umysł jest przekonany o tym, że nic nie po­trafi zrobić dość dobrze. Swoimi myślami i przekonaniami o sobie będzie przyciągało jak magnes sytuacje i zdarzenia, które utwierdzą je, że jest gorsze od innych. Gdy będę ograniczała wolność i swobodę dziecka, będę po­dejmowała za niego decyzje, stanie się ono kaleką życiową. Gdy dziecko będzie słyszało nakazy i zakazy ze strony rodzi­ca, a słowo „musisz" będzie nieodłącznym elementem wycho­wawczym, a do tego osaczysz go swoją osobą, ciągle wyrażając niezadowolenie w postaci słownych obelg i kar cielesnych, wtedy wychowasz człowieka, który będzie miał lęk przed narzucaniem. Ja padłam ofiarą takiego wychowania. Lęk przed narzuca­niem rozprzestrzenił się na całe moje codzienne życie, mało tego, nawet zjawiska atmosferyczne wywoływały w moim umy­śle totalną panikę. Uciekałam, zamykałam się w domu i cierpia­łam okrutne męki. Wycofałam się z życia codziennego, stałam się samotnicą szukającą ukojenia w przyrodzie z daleka od ludzi. Brak okazywania miłości i częste krytykowanie dziecka oraz porównywanie go do innych, jest również katastrofalnym elementem wychowawczym. W przyszłości nasz potomek nie będzie potrafił obiektywnie ocenić swoich przedsięwzięć. Taka okaleczona psychicznie osoba będzie przez całe życie walczyła o cudzą miłość i uznanie. Taka walka wywoła w niej smutek, rozżalenie i poczucie winy, że nie jest dość dobra w tym co robi. Będzie postępowała autodestruk-cyjnie. Skrzywdzone i odrzucone przez rodziców dziecko będzie bało się zbliżyć do innego człowieka. Już nie zaufa nikomu. Wśród tłumu ludzi, będzie czuło się samotne. Rozpieszczanie dziecka bez stosowania przemyślanych kar, bez wymagania od niego jakichkolwiek obowiązków jest również nieodpowiednim wychowaniem. Nieświadomie wy­chowamy samoluba i kalekę życiową. Wtedy mamy pretensje do dziecka, że nie pomaga w obowiązkach dnia codziennego, że jest opryskliwe i leniwe. Tak naprawdę te uwagi rodzic po­winien skierować do siebie, bo to on w bardzo dużym stopniu przyczynił się do takiego, a nie innego wychowania. Rodzice, którzy odreagowują na bezbronnym dziecku swoje niezadowolenie, są nieodpowiedzialni i egoistyczni. Ta krucha istota jest bezbronna w stosunku do rodzica, najczęściej nie sta­wia żadnego oporu ani słowa sprzeciwu. Czy tak ma wyglądać rola matki czy ojca? Obecnie problem niewłaściwego postępowania rodziców wobec dzieci porusza się w mediach. W czasie mojego dzieciń­stwa, w kraju socjalistycznym, takich tematów zazwyczaj nie poruszano i nie ujawniano problemów z tym związanych. Tragedie rozgrywały się za zamkniętymi drzwiami. Bestial­scy rodzice nadużywali swoich praw nie ponosząc za to żad­nych konsekwencji. Moja książka jest apelem do rodziców, aby nie popełnili błę­dów wychowawczych w stosunku do swoich dzieci. Warto zainwestować w psychologa czy w książkę, aby po­szerzyć swoją wiedzę na temat wychowania przyszłego poko­lenia. Po co tworzyć przyszłe kaleki psychiczne, skoro można temu zapobiec. Padłam ofiarą takiego nieodpowiedzialnego wychowania, dlatego zachorowałam na depresję i nerwicę lękową. Wszelkie zmiany osobowości człowieka rodzą się w cier­pieniu. Zmiana z niewinnego, naiwnego dziecka w dziecko zalęk­nione, zamknięte w sobie - zrodziła się w cierpieniu. Zmiana osoby cierpiącej z powodu lęku i depresji, z okrut­nym bagażem doświadczeń z dzieciństwa - w istotę odważną, pewną siebie i własnej wartości - rodzi się w cierpieniu. POBYT W PLACÓWCE PSYCHOLOGICZNEJ Madszedł dzień, którego się obawiałam. O godzinie 9 rano mam jechać do ośrodka dla nerwowo chorych. Placówka znajduje się w malowniczej górskiej miejscowo­ści, oddalonej 50 kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. Jest piąta rano. Całą noc nie zmrużyłam oka, tak bardzo przera­ża mnie pobyt wśród nieznajomych ludzi. Prześladuje mnie obawa, że nie zapanuję nad lękiem, nie znajdę ustronnego miejsca, w którym będę mogła chociaż tro­chę wyciszyć emocjonalny niepokój. Panika ogarnia mnie na samą myśl, że leczenie ma trwać trzy miesiące. Jest szary, listopadowy dzień. Pogoda zdaje się utożsamiać z moim nastrojem. Za oknem pada rzęsisty deszcz, a z moich oczu wciąż płyną łzy. Tak bardzo modliłam się do Boga i pra­gnęłam, aby pomógł mi uporać się z nerwowymi dolegliwościa­mi, żebym nie musiała opuszczać domu. Nic z tego. Psychiczna męczarnia, a co za tym idzie, także dolegliwości fizyczne, nasi­lały się z dnia na dzień. Po śmierci matki, kilka lat temu, moje życie osobiste uległo drastycznej zmianie. Nie byłam sobą. Rządził mną lęk, któremu podporządkowałam się jak niewolnica okrutnemu panu. Bałam się swoich nieprzewidywalnych reakcji emocjonal­nych. Bałam się ludzi. Bałam się życia. Bałam się dosłownie wszystkiego. Minęły dopiero dwa miesiące od wakacji, a ja już mam problemy z wychodzeniem z domu do pracy. Paraliżuje mnie strach na samą myśl, że muszę być poza domem wśród ludzi aż pięć godzin. Tę sytuację łagodzi jedynie powtarzane jak mantra zdanie: „Niedługo wrócisz do domu". Przerastają mnie obowiązki dnia codziennego. Mam pro­blem ze sobą. Odbiegam zachowaniem od zdrowych ludzi. Mu­szę się leczyć i wyjść z tego marazmu, a sama nie potrafię sobie pomóc. Chodzę, poruszam rękami, widzę, pracuję, ale jestem tak roztrzęsiona i zdruzgotana emocjonalnie, że nie potrafię już normalnie funkcjonować. Dopadła mnie depresja. Uciekam, chowam się przed ludźmi, cierpię, jest mi przerażająco smutno, nie widzę sensu istnienia i na domiar złego, cały czas się boję. Sam fakt życia przerasta mnie. Spróbuję swoje cierpienie po­równać do następującej sytuacji: Czuję się jakbym stąpała po desce, która jest umocowana nad przepaścią i łączy dwa górskie szczyty. W każdej chwili mogę nieostrożnie postawić stopę i spaść. Wciąż uważnie ob­serwuję deskę i swoje kroki. Drżę, trzęsę się, brakuje mi powie­trza, wzrok odmawia posłuszeństwa, widzę rozmazany obraz, mam zawroty głowy. Siadam wyczerpana na desce, aby chwilę odpocząć. Trzymam się jej kurczowo rękami. Podnoszę się i na­dal zmierzam w wytyczonym kierunku. Moje mięśnie są spięte, uważnie stąpam po desce, aby nie stracić równowagi i nie zabić się. Gdy od czasu do czasu, na krótką chwilę, wstępuje we mnie odwaga, spoglądam ukradkiem z góry na ludzi. Widzę jak swo­bodnie poruszają się, stawiają pewne kroki na ziemi. Rodzą się we mnie marzenia, aby być takim samym człowiekiem jak inni. Boże, już za pół godziny wyjeżdżam. Może się wycofać? Może zwolnić się z pracy i przebywać tylko w domu? Nie. Precz z tymi destrukcyjnymi myślami. Muszę walczyć o siebie. Nie poddam się. Muszę się leczyć. Pobyt w placówce umożliwi mi uzyskanie zwolnienia lekarskiego z pracy. Dzięki temu będę mogła ubiegać się o roczny urlop zdrowotny dla nauczycieli. Muszę kurczowo trzymać się tych myśli - one pozwolą mi prze­trwać leczenie w ośrodku. Mam dzieci, one mnie potrzebują. Mam dla kogo żyć! O Boże! Mąż zaczął wynosić moje rzeczy do bagażnika. Ze łzami w oczach pożegnałam się z dziewczynkami i wsia­dłam do samochodu. Skuliłam się na przednim siedzeniu i ob­serwowałam asfaltową drogę, po której mknął pojazd. Włączyłam radio i zatopiłam się w swoich przerażająco smutnych myślach. W pewnym momencie miałam chęć otwo­rzyć drzwi i uciekać do rozciągających się wzdłuż drogi lasów. Narastała we mnie panika, a wraz z nią coraz gorzej mi się oddychało. Chyba się uduszę. Znowu zawładnęły mną- podsy­cane lękiem - myśli: „Czy zdołam pokonać panikę przy obcych ludziach w ośrodku? Kiedy skończy się ten koszmar? Gdy nie będę mogła wytrzymać już we własnej skórze, to mogę skoń­czyć z cierpieniem. Dobrze, że istnieje śmierć". Ta myśl uspokoiła mnie i rozluźniła napięte do granic wy­trzymałości mięśnie. Powoli zaczęła opuszczać mnie panika. Samochód nieubłaganie pokonywał kolejne kilometry, zbliża­jąc się do miejsca, którego tak bardzo się bałam. Po paru minu­tach, przed moimi oczami, wyłoniły się mury obiektu, w któ­rym będę się leczyła. Samochód stanął na podjeździe przed frontowymi drzwiami budynku. Szybko pożegnałam się z mę­żem i na trzęsących nogach, podążyłam do szpitala. Tak kręciło mi się w głowie, że ledwo trafiłam ręką na klamkę. Otworzy­łam drzwi i weszłam na korytarz, na którym nieznajome mi osoby głośno rozmawiały ze sobą. Nagle, wszystkie pary oczu skierowały się na moją przygarbioną postać. Nieśmiało przy­witałam się z nimi i usiadłam w kącie na ławce. Lekarz psy­chiatra i panie psycholog zaprowadzili nas do obszernej sali, w której znajdowało się dużo materaców. Zapoznali nas z regu­laminem pacjenta, odpowiadali na zadawane pytania, które do- …...........