Lewszynow

Ostatnio przeglądane

ENSO

Newsletter

Sól życia (Andriej Lewszynow) Zobacz większe

Sól życia (Andriej Lewszynow)

SOLZYCIA

Nowy

Ta książka to zapis osobistych doświadczeń autora na drodze samodoskonalenia. Kamienie milowe na tej drodze wyznaczają podróże do tajemniczych miejsc: pobyt w tybetańskim klasztorze, trening jogi u hinduskiego guru, wizyta w Stambule, nauka u ojca Aleksieja, wiejskiego uzdrowiciela i duchownego. Przywiezione stamtąd pamiątki - ćwiczenia, zalecenia, sposoby - autor ofiarowuje czytelnikowi. Andriej Lewszynow zawsze kładzie nacisk na związek ciała i ducha, dlatego w książce znajdujemy wiele prostych ćwiczeń

Więcej szczegółów

Ten produkt nie występuje już w magazynie

26,00 zł

Więcej informacji

  Spis treści WSTĘP..........................................................................................................5 1. LEWITACJA - TO MOŻLIWEL.......................................................... 6 ty Lewitacja & Lecząc pacjenta leczysz siebie -&■ Niezwykłe oczyszczenie & Jak wygląda człowiek, który przeszedł oczyszczenie 2. MATCZYNA KOŁYSANKA.............................................................. 25 Q Przesłyszenia & Uwierz swemu uchu -Cf Uzdrawiające oddychanie # Tajemnica leczenia głosem -& Wyleci słowo 3. LECZENIE SŁONI - JAK LECZYĆ PIJAKA...................................52 & Jak przestałem przyjaźnić się z „zielonym wężem" & Poskromienie szalonego słonia & Porównajmy się z szalonym słoniem 4. CZAS - NASZ TOWARZYSZ I PRZYJACIEL...............................69 £J Uzdrowiciel Aleksiej i jego recepty # Odmłodzenie (praktyka zwracania czasu) & Lecznicze sekrety pór roku, dni i godzin, ziół i korzonków 5. ZŁOTY KLUCZYK ZE STAMBUŁU...............................................101 & Stambuł - miasto cudów & Zmiana zwykłego klucza 10 złoty - łatający zdrowie 6. ZAPOMNIJMY SŁOWO „OSTEOCHONDROZA"....................120 #" Kręgosłup - oparcie dla ducha & Kocłiaj swój kręgosłup # Mój sekret zdrowych pleców & Modlitwa - medytacja ty Ćwiczenia głosu i ciała & Sekrety Wschodu 7. ŻOŁĄDEK - WROTA DO SERCA.................................................138UZDRAWIAJĄCA GWIAZDA......................................................145  1. Lewitacja - to możliwe! Zielonkawe desenie tapet tańczyły przed zamglonymi oczami. Głośny oddech i ciężkie skoki wstrząsały pokojem. „W górę, w dół, w górę, w dół" - huczało w głowie. Ciało przy­pominało matrioszkę; jej zewnętrzna powłoka trącała sąsiednie domy, tak daleko sięgały granice mego ciała. „W ten sposób głowę o sufit rozbijesz" - ta nowa myśl przestra­szyła i skoki niemal ustały. Gorączkowo zacząłem sobie przy­pominać liczne wskazówki i rady, które mistrzowie dawali uczniom próbującym opanować lewitaq'ę. Nie były to najlepsze rady, ponie­waż żadna z nich nie pasowała do tej sytuaq'i. Zwoje mojego mózgu stały się puste jak rury rzucone pośrodku pustyni. W głowie nie było nic prócz dzwonienia i od tych akustycz­nych wibraq'i granice mego ciała ponownie rozszerzyły się. Wysił-kiem woli rozpuściłem wszystkie obrazy w narastających wibraq'ach. Stało się lżej i teraz ciało ze złożonymi w padmasanie nogami wzla­tywało po każdym upadku coraz wyżej. „Pozostało tylko pokładać nadzieję w Bogu", przemknęło mi przez myśl, i oddech zatrzymał się. Z migoczącej mgły wypłynęła wisząca na ścianie fotografia. Meble i wszystkie przedmioty w pokoju z wysokości mojego położenia wy­dawały się nieco zmienione, zniekształcone w swoich proporc'ach. Unosiłem się w powietrzu metr nad podłogą i z boku wyglądałem chyba niczym jakiś pasażer latającego talerza czy dywanu, opuszcza­jący właśnie swój środek lokomoq'i. Strachu nie było, zachwytu nie było, myśli nie było, oddechu - też nie było. Pomału stan zawieszenia w powietrzu zaczął nudzić. Zachciało się odmiany. Postanowiłem uroczyście udać się do kuchni, przemiesz­czając się w powietrzu dopiero co opanowanym sposobem. To pragnienie wywołało oddech i... 70 kilogramów mojej wagi natych­miast poczuło siłę ziemskiego przyciągania. Upadek był bolesny, ale rozciągnięty na podłodze i tak czułem się jak w siódmym niebie. Latanie, unoszenie się w powietrzu, było moim marzeniem od dzieciństwa. Bardzo często doświadczałem lotu we śnie i wtedy cały następny dzień mijał pod znakiem szczęśliwej opieki losu. I oto osiągnąłem upragniony stan. Siłą woli, wieloletnią praktyką udało mi się wznieść ciało nad ziemię, zmusić je do pod­porządkowania się sile woli i ducha wbrew ziemskim prawom. Wyprostowałem odrętwiałe ciało i jęknąłem, czując ból w miej­scach stłuczeń. „Mój Boże, wielka mi rzecz - lewitacja. Ale na koniec upadłeś z samozadowolenia" - powiedział wewnętrzny głos. „Tak, faktycznie nie ma się czym szczycić" - zgodziłem się sam ze sobą. Spoglądając w przeszłość, na dziesięć lat zajmowania się mistyką, zobaczyłem nie kończącą się drogę w przyszłość. „Z pewnością jest to zaledwie pierwszy krok na drodze" - pomy­ślałem i uśmiechnąłem się. - „Wyobrażam sobie, jak porywająca będzie podróż w nieznane." Podobnie jak wszystkie małe dzieci czasami marzyłem o przy­szłej pracy; wyobrażałem sobie, że jestem kierowcą, lotnikiem czy kosmonautą. Dziecięce marzenia zawsze koncentrują się na tym kręgu sławy, poważania i szacunku, który oświetlany jest przez społeczeństwo niczym promieniem reflektora. W czasach mojego dzieciństwa bożyszczami byli najczęściej ludzie bohaterskich zawo­dów. Wyobrażając sobie siebie za sterem samolotu lub po prostu za kierownicą autobusu, byłem w duchu zadowolony z wagi wykony­wanej pracy. Nie podejrzewałem wówczas, że nazywa się to pychą. Bawiłem się w kierowcę, pchałem po podłodze ciężarówkę i sprzeczałem się z bratem, czyja dzisiaj kolej kierować samochodem. Dopiero gdy nabawiłem się do woli, mogłem spokojnie oddać prawo do kierowania zabawką bratu Saszy. Teraz rozumiem tę prostą prawdę. Głodny myśli o nasyceniu swego żołądka i nie obchodzą go gwiaz­dy. Dopiero kiedy się naje, może podnieść oczy i dostrzec piękno nieba. Bardzo długo „obżerałem się". Nie od razu zrozumiałem, uświadomiłem sobie każdą komórką ciała, co to takiego pycha, pragnienie władzy nad innymi. Był czas, kiedy władając wieloma siddhi * zatrzymałem się, sądząc że nakarmią mnie one w ciągu całe­go życia. I z pewnością tak by było. Ale, dzięki Bogu, głód ducho­wego poznania okazał się silniejszy i obudził apetyt całkiem innego rodzaju. Zapach wody toaletowej wyparował w ciągu pięciu minut od chwili, gdy wyszedłem z hotelu. Wydało mi się, że razem z nią ulatnia się w ogóle cała wilgoć zawarta w moim organizmie. Z głębin pamięci wypłynęły słowa profesora objaśniającego studentom symp­tomy zbliżającej się śmierci człowieka na skutek odwodnienia or­ganizmu. Główna ulica przypominała rozgrzany piec. Przechadzka po niej od hotelu do pałacu, gdzie mnie oczekiwano, zajęła sześć i pół minuty. Podszedłem do wymyślnego ogrodzenia, nacisnąłem złoty przy­cisk dzwonka i popatrzyłem do wideokamery. Z pewnością przypominałem raczej wyschniętą mumię, a nie lekarza, jak było zapisane w dokumentach. Wartownik długo oglądał moje zdjęcie, próbując odkryć jakieś podobieństwo po­między młodym człowiekiem z inteligentną bródką na fotografii a istotą z zapadniętymi oczami i grymasem wyrażającym skrajne cier­pienie. Gdyby ten uzbrojony w automat białozęby młody mężczyzna był doświadczonym reżyserem, potrafiącym już podczas pierwszej próby rozpoznać w niedoświadczonym aktorze przyszłego mistrza, bez wątpienia zrozumiałby, że się uśmiecham i w ogóle jestem pełen sił i energii. Ale... Z głośnika padła jakaś komenda, nieudany reżyser z kałasz­nikowem na ramieniu oddał mi dokumenty i salutując szeroko otwo­rzył rzeźbioną furtkę. W cieniu wytwornego balkonu nad głównym wejściem pałacu pojawił się człowiek ubrany na biało i powiedział kilka słów. Po­znałem jego głos, mimo szumu tańczących przed fasadą fontann. Po raz pierwszy słyszałem ten głos przez telefon dwa tygodnie temu i jego właściciel obiecywał mi złote góry. Złota na razie nie było (chyba że żółty piasek pod nogami mógł uchodzić za takowe), ale oddany mi do dyspozyq'i samolot i aparta­ment w hotelu dawały podstawy, by liczyć jeśli nie na złote Kiliman­dżaro, to przynajmniej na niewielki pagórek lub kopczyk. Pracując w domu, w Petersburgu, pomagając chorym ludziom, osiągnąłem dobre rezultaty i uznanie. Nie uważam siebie za Bóg wie jak doświadczonego uzdrowiciela, tym niemniej miałem na swoim koncie uzdrowienia dziesiątek osób, którym pomogłem pozbyć się ciężkich chorób i dolegliwości. Wielu ukończyło moją szkołę za­pobiegania chorobom; były artykuły w gazetach o mojej pracy, programy w telewizji. Kiedy pewnego dnia rozległ się kolejny dzwonek telefonu, pomy­ślałem, że to rozmowa międzymiastowa. Pomyliłem się. Dzwoniono z innego kraju. Staram się zawsze dowierzać intuiq'i i tym razem także nasłuchiwałem wewnętrznego głosu. Wewnętrzny głos po­wiedział: „Zgódź się; tu jest zimno, a tam ciepło, przynajmniej wy-grzejesz się, opalisz." Tym razem intuicja mnie zawiodła. Nie będzie równej, złotej opalenizny. Będzie skóra schodząca płatami z kruchego ciała przy­krytego podkoszulkiem i szortami. - Wejdź, drogi gościu - powiedział gospodarz pałacu po rosyjsku, tylko z lekkim akcentem. Bąknąwszy w odpowiedzi coś niezrozumiałego, wszedłem do domu niczym właśnie ułaskawiony od kary śmierci. Ciężkie drzwi zatrzasnęły się za plecami i rajski chłód obudził w moim zagotowanym mózgu jakieś zainteresowanie. Na środku salonu królował ogromny wazon z żywymi kwiatami. Wokół z artystycznym smakiem rozstawiono meble. Usiedliśmy w fotelach. Proszę pokazać jej fotografię - poprosiłem gospodarza. Jeszcze w domu ułożyłem plan zabiegów i działań. Sądząc z opowiadania wy­słuchanego przez telefon, przypadek był typowy. Kamienie w pęche­rzyku żółciowym. Siedem dni. Patrząc na zdjęcie jasnowłosej kobiety, czując jej pole jakby siedziała naprzeciwko, powtórzyłem to samo co dwa tygodnie wcześniej: - Potrzebuję siedmiu dni; zabiegi rano i wieczorem. Podczas pracy zawsze wchodzę w trans. Istnieje kilka klasycz­nych sposobów wchodzenia w zmieniony stan świadomości. Opa­nowałem każdy z nich i znalazłem swój własny. Monie zaczęły pulsować równo z sercem. - Panie Jezu Chryste, Synu Boży, przez modlitwy Najświętszej Twojej Matki i wszystkich świętych, zmiłuj się nad nami. Panie Boże, Prze­najświętsza Bogurodzico, pobło­gosław - wyszeptały moje wargi. Pacjentka była Rosjanką i lekko uśmiechnęła się. Znalazłszy wewnątrz punkt opar­cia, uchwyciłem oddech kobiety. Po kilku chwilach szczególne widzenie pozwoliło mi zobaczyć jej świecącą aurę. Mglisty kontur równo otaczał ciało i tylko na prawym boku, przy talii, szara grudka pola psuła ogólny obraz. - Lecząc paq'enta leczysz siebie, lecząc siebie leczysz pacjenta -mówił mój Nauczyciel. Ciało subtelne wokół dłoni zetknęło się z brudną mgłą nad chorym miejscem. Czoło, już teraz gęsto usiane kroplami potu, wydało jesz­cze jedną porcję wilgoci. Ręce stały się jak z wosku, a wewnątrz swego ciała poczułem coś obcego. Trans stał się jeszcze głębszy. Dłonie robiły swoje, a świadomość widziała tylko oczy Matki, Matki Boskiej. Prosiłem, modliłem się z cichą radością. Jej oczy niemal się uśmiechały. Dziękuję Ci, Matko. Stopniowo, kontrolując oddech swój i pacjentki, powracałem do tego świata. Ciało kobiety nieco się zgięło, świecąca mgła z prawej strony, pod ciałem, stała się czystsza. Zrozumiałem, że leczenie się rozpoczęło i wewnętrznie rozluźniłem się. Trzeciego dnia badanie pokazało, że kamienie zmniejszyły się. Kontynuowałem poranne i wieczorne seanse i piątego dnia rezultaty badania ultrasonograhcznego „oszołomiły" osobistego lekarza moje­go gościnnego gospodarza: pęcherzyk żółciowy był pusty, wszystko wyglądało tak, jakby nigdy nie było kamieni. Jeszcze przez kilka dni wygładzałem astralną ranę, by w pełni od­tworzyć energetykę organizmu. I oto nadszedł dzień odjazdu. Stałem na balkonie swojego piątego piętra. Swojego, ponieważ mój apartament zajmował całe piętro. W dole, w prostokątnym zwierciadle basenu odbijało się ciemnoniebieskie niebo. Ogromne li­ście palm ledwo się kołysały w strumieniach świeżego powietrza. Zadowolenie z dobrze wykonanej pracy stało się kolejnym bodźcem. Zapragnąłem uczyć się dalej. Wierzyłem, że przede mną jeszcze bardzo wiele lekqi. Jej oczy były ze mną, nić wiążąca mnie z Nią stawała się coraz mocniejsza. I tym razem choroba została po­konana. Przez kogo? Przeze mnie? Nie. Ta siła, którą proszę o po­moc, znowu pojawiła się w moich rękach. I znowu, któryż to już raz, uświadomiłem sobie, że siła Boga może wszystko, ale nie wolno tracić z Nim więzi, trzeba pracować, trzeba umacniać ducha, kierując się Jego przykazaniami. Tutaj, na ziemi, wieczorem otrzymałem hojne podarunki i honora­rium. Ale największą nagrodę otrzymuję, kiedy w moim sercu uśmiechają się Jej oczy, które przychylnie patrzą przez przestrzeń i czas. Jej, Matce Boskiej, poświęcam swoją pracę i od Niej oczekuję na­grody. Piątego dnia pracy, rankiem, kiedy brałem prysznic, popłynęła mi krew z nosa. Znam ten sygnał przemęczenia organizmu. Można przerwać pracę i odpocząć, ale można też przejść na wyższy poziom działań. Zetknąwszy się w sercu z mądrymi oczami, uchwyciłem Jej aprobatę i krwotok ustał. To był przełomowy moment, w którym …..................   Autor jest znanym rosyjskim uzdrowicielem, mistrzem jogi i reiki, specjalistą w zakresie psychologii, hipnozy i masażu. Napisał kilkanaście książek o uzdrawianiu i samodoskonaleniu. Odwiedził wiele zakątków naszej planety, poznał i twórczo stosuje dawne metody uzdrawiania, które pomagają człowiekowi poradzić sobie Z chorobami i nieszczęściami Proponowane przez niego proste ćwiczenia i zabiegi nie wymagają dużo czasu czy wysiłku, a są bardzo skuteczne. Wielu z nich nie znajdziesz w innych szkołach samodoskonalenia. Ta książka to zapis osobistych doświadczeń autora na drodze samodoskonalenia. Kamienie milowe na tej drodze wyznaczają podróże do tajemniczych miejsc: pobyt w tybetańskim klasztorze, trening jogi u hinduskiego guru, wizyta w Stambule, nauka u ojca Aleksieja, wiejskiego uzdrowiciela i duchownego. Przywiezione stamtąd pamiątki - ćwiczenia, zalecenia, sposoby - autor ofiarowuje czytelnikowi. Andriej Lewszynow zawsze kładzie nacisk na związek ciała i ducha, dlatego w książce znajdujemy wiele prostych ćwiczeń pomagających w powszechnych dolegliwościach oraz rozwijających duchowo. Przeczytasz tu między innymi o: + oczyszczaniu organizmu, które autor stosował ucząc się lewitacji; + uzdrawianiu dźwiękiem; + walce z otyłością przy pomocy oddychania przeponowego; + prostych sposobach radzenia sobie z bólem pleców; + leczeniu poprzez nagrzewanie solą, ryżem, cebulą i octem; + sekretnych właściwościach ziół i korzonków; + sposobie uwolnienia się od alkoholizmu; + uzdrawiającym działaniu gwiazdy Arcygamy i wyspy Walaam. Z szeregu historii i ćwiczeń wybierz coś dla siebie.