Medycyna wschodnia

Ostatnio przeglądane

ENSO

Newsletter

Cuda uzdrawiania pranicznego (Choa Kok Sui) Zobacz większe

Cuda uzdrawiania pranicznego (Choa Kok Sui)

KV021

Nowy

Mistrz Choa Kok Sui, Filipińczyk chińskiego pochodzenia, naukowiec, inżynier chemik, przedsiębiorczy biznesmen, filantrop, a zarazem światły nauczyciel, szeroko rozpropagował metodę uzdrawiania pranicznego. Mistrzostwo w tej sztuce leczenia osiągnął dzięki wielu badaniom i eksperymentom, którym poświęcił ponad dwadzieścia lat życia. Obecnie prowadzi na całym świecie warsztaty i seminaria, a w kilkudziesięciu krajach - w tym również w Polsce - działają pod jego auspicjami ośrodki uzdrawiania pranicznego. W

Więcej szczegółów

Ten produkt nie występuje już w magazynie

35,00 zł

Więcej informacji

  Cuda nie pozostają w sprzeczności z naturą, lecz tylko z naszą o niej wiedzą.święty AugustynPrzedmowaPragnę, byście na samym początku poznali moją wiarygodność i zainteresowania, wyjaśnię więc, że pracuję jako urolog w Los Angeles, w Kalifornii. Naprawdę lubię leczyć w ramach ogólnie uznanej medycyny konwencjonalnej. Uwielbiam przebywać na sali operacyjnej i bardzo mnie cieszy, że jestem lekarzem. Właśnie pasja do medycyny i troska o zdrowie moich pacjentów doprowadziły mnie do wniosku, że w moim wykształceniu i praktyce czegoś brak. Odkryłem to, kiedy stało się jasne, że medycyna konwencjonalna nie przywraca zdrowia znacznej liczbie moich pacjentów. Zmęczyło mnie przepisywanie leków, które leczyły tylko objawy choroby, ale nie mogły usunąć jej źródła.Z tego powodu zakwestionowałem absolutnie niepodważalną zasadę medycyny konwencjonalnej: aby wyzdrowieć, organizm potrzebuje leków albo zabiegów chirurgicznych. Stwierdziłem, że praca ograniczona tą zasadą jest straszliwie frustrująca, głównie dlatego, że nie kładzie się w niej nacisku na samoleczenie czy współpracę z pacjentem - a co ważniejsze, nie czyni się go współodpowiedzialnym za leczenie. W końcu, lekarze tak naprawdę nie leczą. Ludzie zdrowieją sami. Jako lekarz mogę postawić diagnozę infekcji bakteryjnej i podać antybiotyk w celu jej zwalczenia, ale oznacza to tylko tyle, że daję układowi obronnemu organizmu „szansę walki" - przystąpienia do działania i wykonania prawdziwej pracy samoleczenia.Kiedy nieco ponad rok temu odkryłem uzdrawianie praniczne, natychmiast mnie zafascynowało, bo oto zna­lazłem system wypełniający wszystkie luki, jakie dostrze­gałem we własnym wykształceniu i praktyce. System nastawiony na zlikwidowanie źródła choroby i stanowią­cy dobrze uzasadnione uzupełnienie mojej praktyki me­dycznej, a co najważniejsze, pokazujący, że uzdrowiciel praniczny może w oczywisty sposób pomóc organizmowi w samoleczeniu. Gdy zacząłem uzdrawiać praną niektórych moich pa­cjentów, gwałtownie wzrosła liczba wyleczeń z ostrych i chronicznych chorób. Kiedy w szpitalu rozniosła się wieść o mojej „pracy", kilku moich kolegów, po wykona­niu wszystkich badań i bezskutecznym wykorzystaniu metod standardowego leczenia, zaczęło mi podsyłać swoich pacjentów. Niezmiennie, po kilku zabiegach pra-nicznych, ich stan się poprawiał. Jeszcze zanim zająłem się uzdrawianiem pranicznym, stosowałem w znacznej mierze hipnozę medyczną. Gdy studiowałem tę dziedzinę, stało się dla mnie oczywiste, że negatywne emocje gromadzą się w ciele. Zastanów­cie się nad tym. Ilekroć ktoś mówi wam, że jest wściekły albo przygnębiony, w istocie odczuwa te emocje jako na­pięcie lub dyskomfort... w ciele! Studiując i uprawiając uzdrawianie praniczne, nauczyłem się, że zmagazyno­wane w ciele stres i negatywne emocje tworzą bloki w układzie energetycznym organizmu. Choroba pojawia się, gdy samolecząca energia ciała zostaje zablokowana i nie może prawidłowo krążyć. Uzdrawianie praniczne uświadomiło mi jasno związek między schorzeniami cie­lesnymi a tymi blokami energii. Poza tym, rzecz jasna, oferowało bardzo proste, łatwe w zastosowaniu techniki leczenia. Pozwólcie, że wymienię parę sukcesów, jakie uzyskałem w uzdrawianiu praną. Leczyłem w swojej klinice kobietę, która skarżyła się na częstomocz. Przeprowadziłem pełne badania - zawsze to robię, by wykluczyć jakiekolwiek poważne schorzenia, takie jak infekcja dróg moczowych, guz albo choroba neu­rologiczna. Kiedy wszystkie wyniki okazały się negatyw­ne, wytłumaczyłem jej, że owa dolegliwość to fizyczny przejaw stresu w ciele. Wtedy opowiedziała o poważnych problemach w domu, o kłopotach z byłym mężem alkoho­likiem, o tym, że jest samotną matką wychowującą tro­je małych dzieci. Badając jej aurę, zauważyłem duży zator energetyczny nad czakrą serca, który usunąłem. Gdy skończyłem, powiedziała, że czuje się znacznie spo­kojniejsza i bardziej rozluźniona. Potem dodała: „Cały ciężar spadł mi z serca". Mówiąc językiem uzdrawiania pranicznego, to, co ona odczuwała jako emocje, ja wy­czuwałem jako zator energetyczny. Jeden z moich kolegów skierował do mnie kobietę z zespołem objawów chorobowych, takich jak częstomocz, ból pęcherza, zespół nadwrażliwości jelita grubego, bóle głowy, bezsenność i zaparcia. Żadna z metod standardo­wej medycyny nie zdołała przynieść jej ulgi. Po jednym piętnastominutowym zabiegu pranicznym wyszła z poko­ju spokojniejsza, mówiąc, że czuje się już znacznie lepiej. Daliśmy jej potem trochę leków przeciwzapalnych na pęcherz i po miesiącu stwierdziła, że całkowicie wyzdro­wiała. Nie miała żadnych dolegliwości przez ostatnie pół roku. Inny przypadek dotyczy przyjaciółki rodziny. Cierpi ona na zaawansowaną sklerodermię, chorobę autoimmuno-logiczną atakującą tkankę łączną organizmu. Skóra na rękach staje się gruba i napięta. Niekiedy bliznowacieje i zwęża się przełyk, co utrudnia połykanie. Bywa, że tak­że w płucach powstaje tkanka bliznowata, utrudniając oddychanie. Kiedy rozpocząłem leczenie M.G. praną, do­stawała zadyszki przy minimalnym wysiłku. Po wej­ściu na pierwsze piętro do swego mieszkania dosłownie padała na podłogę i leżała przez pół godziny, łapiąc od­dech. Ponadto miała zesztywniałe i obolałe stawy, co utrudniało dłuższe chodzenie. Jeden zabieg praniczny usunął całkowicie ból stawów oraz uczucie zmęczenia. Zaczęła swobodniej oddychać i poziom jej energii gwał­townie się podniósł. Po pierwszym zabiegu powiedziała mi, że jej życie odmieniło się do takiego stopnia, że teraz wbiega po schodach na swoje pierwsze piętro, a potem włącza muzykę, żeby potańczyć! Prawdopodobnie moje najbardziej „cudowne" uzdrowie­nie to przypadek J.M. Nie był moim pacjentem ani go do mnie nie skierowano, od tak dawna jednak widziałem jego nazwisko w rozkładzie naszego oddziału operacyjne­go, że postanowiłem mu się przedstawić. Wiele miesięcy przedtem przeszedł operację wycięcia pęcherzyka żół­ciowego i niestety miał poważne komplikacje, włącznie z uszkodzeniem przewodu żółciowego wspólnego. Po tym uszkodzeniu musiano przeprowadzić kilka bardzo poważ­nych badań. Jak się to często zdarza w złożonych przy­padkach, gdy z organizmem zaczyna dziać się coś rze­czywiście niedobrego, jedno pociąga za sobą drugie. U pacjenta rozwinęły się multiple enterocutaneous fistu-lae (to znaczy, że płyn jelitowy wyciekał przez skórę jego powłoki brzusznej), posocznica drożdżowa (bardzo poważ­ne schorzenie, w około 70 procentach śmiertelne, gdy we krwi rosną drożdże) i zator płucny (skrzep krwi w płucach, śmiertelny w blisko 60 procentach). Przez ostatnie sześć tygodni miał także codzienne skoki gorączki, a od mie­sięcy ciągłe mdłości i wymioty. Nie sądzono, by przeżył święta Bożego Narodzenia. Wydało mi się, mówiąc w uproszczeniu, że jego poziom energetyczny był niski, jego „baterie" wyczerpane i organizm nie mógł już sam się bronić. Objawem tego były owe fizyczne dolegliwości. Zacząłem stosować codzienne uzdrawianie praniczne. W ciągu dwóch dni gorączka i mdłości znikły. Po tygo­dniu puls opadł ze 150 do 120 uderzeń na minutę. Wresz­cie J.M. wzmocnił się na tyle, że zdołał znieść ostatnią operację połączenia przetok. Niebawem całkowicie wy­zdrowiał. Od czasu do czasu wpada do mnie po pracy, żeby pogadać. „Chyba zapomnieli nauczyć nas tych rzeczy na studiach medycznych" - tak jeden z moich kolegów lekarzy wyra­ził się o filozofii leżącej u podstaw uzdrawiania pranicz­nego, kiedy lepiej się z nią zapoznał. I ma rację. To, co robimy w uzdrawianiu pranicznym, wspomaga unormo­wanie się systemu energetycznego organizmu, tak że ciało może się samo uleczyć. Jeśli w polu energetycz­nym są bloki, usuwamy je. Jeśli jest ubytek energii, częściowo go uzupełniamy. Nieprzerwanie pracujemy z całą osobą - nie tylko z pojedynczym układem narzą­dów - by wspomóc samoleczenie. Ale nie uczą nas tego w zachodnich szkołach medycznych. Na szczęście Mistrz Choa Kok Sui ujawnił te koncepcje i udostępnił wszyst­kim - zarówno lekarzom, jak i laikom - w sposób łatwy do zrozumienia. Gdy zacząłem czytać tę książkę, najbardziej uderzyło mnie w niej proste, niby w książce kucharskiej, podej­ście Autora. Jeśli macie na początek dość wiary, by wy­próbować jego propozycje, osiągniecie sukcesy. Wraz z coraz lepszymi efektami będzie rosło wasze zaufanie. W końcu dotrzecie do punktu, w którym uznacie, że możecie pomóc w procesie zdrowienia prawie każdemu. Na poziomie energetycznym przekonania wpływają na fizjologię. Oznacza to, że w miarę osiągania sukcesów wasz system przekonań rozszerzy się i potraficie prze­kazywać coraz więcej energii uzdrawiającej. Praca Mistrza Choa Kok Sui miała ogromny wpływ na moją praktykę medyczną, życie i osobistą filozofię. Taką samą rolę odegra w waszym życiu, jeśli tylko na to po­zwolicie. Życzę wam wielu sukcesów, zdrowia, miłości i powo­dzenia w drodze do uzdrawiania praną. Wprowadzenie W starodawnej medycynie chińskiej istnieje pięć po­ziomów sztuki uzdrawiania. Pierwszy to tuena. Uzdrowi­ciel używa tu rąk do wykonania masażu. Technikę tę zwie się również akupresurą. Na drugim poziomie leczy się pacjenta ziołami, czasem produktami pochodzenia zwierzęcego i minerałami. Na trzecim poziomie uzdro­wiciel stosuje akupunkturę lub ignipunkturę, a na czwar­tym akupunkturę łącznie z wysyłaniem energii chi po­przez igły do meridianów i narządów wewnętrznych. Jest to wyższy poziom uzdrawiania, a jego opanowanie wy­magało w dawnych Chinach dodatkowych lat ćwiczeń i praktyki. Leczenie na piątym poziomie wymaga naj­wyższej umiejętności, która polega na wysyłaniu ener­gii chi bez użycia igieł i bez żadnego kontaktu fizyczne­go. Energię tę przesyła się z bardzo bliska lub z wielkiej odległości, na przykład z jednego kontynentu na drugi. W starożytnych Chinach i Indiach technikę przesyłania energii chi z bliska bądź z daleka, tak by nie dochodziło przy tym do wyczerpania uzdrowiciela, utrzymywano w ściśle strzeżonej tajemnicy. Przesyłanie energii chi bez potrzeby kontaktu fizycz­nego nosi nazwę leczniczego chi kung - i istnieją tutaj dwie szkoły: wewnętrzna i zewnętrzna. Zewnętrzna szkoła leczniczego chi kung jest bardziej popularna. Wytworzenie silnej energii chi wymaga wielu lat prak­tyki. Posługiwanie się wewnętrzną energią chi jest dla uzrowicieli bardzo męczące i wyczerpujące. Z tego wzglę­du lekarzom chińskim zezwala się na uzdrawianie tą metodą tylko dwóch lub trzech pacjentów dziennie. Szkoła zewnętrzna jest mniej popularna i ogólnie pra­wie nieznana. Jej zwolennicy czerpią energię chi z po­wietrza i z ziemi, kierując ją ku pacjentom. Szkoła ta ma dużą przewagę nad szkołą wewnętrzną. Stosowanie zewnętrznego leczniczego chi kung nie osłabia i nie męczy uzdrowiciela, a wykwalifikowany mistrz może leczyć nawet 20-30 pacjentów dziennie. Moim zdaniem, szkoły wewnętrzna i zewnętrzna lecz­niczego chi kung to w gruncie rzeczy dwie strony tej samej monety. Ten, kto chce zostać dobrym uzdrowi­cielem stosującym zewnętrzną szkołę chi kung, musi posiadać pewien stopień siły wewnętrznej, a na szczęś­cie większość osób nią dysponuje. Im większą posiadamy moc wewnętrzną, tym większą mamy zdolność wchłania­nia energii chi i przesyłania jej pacjentowi. Moc wewnętrz­nej chi można rozwinąć przez medytację. Bardzo ważne jest pobudzenie czakry korony, czyli bai hui (punkt, w którym spotyka się 100 ścieżek). Dlatego godne pole­cenia jest praktykowanie medytacji „Bliźniacze Serca" - ponieważ to najszybszy sposób na uaktywnienie tej czakry. Bai hui to punkt wejściowy dla energii ducho­wej, czyli tian chi (energia niebiańska). Bez tian chi nie można rozwinąć silnej chi wewnętrznej. Trzeba zatem regularnie stosować medytację „Bliźniacze Serca". Bardzo pomocne jest wykonywanie fizycznych i odde­chowych ćwiczeń jogi, gdyż zwiększają one moc uzdrowi-cielską. Aby stała się ona jeszcze silniejsza, zalecane jest praktykowanie jogi arhatycznej albo innych wyższych medytacji. Zewnętrzny chi kung leczniczy, którego nauczam, to metoda wręcz rewolucyjna. Łatwo można tę sztukę opa­nować i praktykować. Także w niej wykorzystuje się punkty akupunkturowe, ale nie te zwyczajne. Używa się jedenastu punktów głównych, zwanych ta xue lun (ta tłumaczy się jako „duży", xue - „punkt akupunkturo wy", lun - „wirujące koło"), ale także punktów mniejszych, zwanych xiac xue lun (xiac - „mały"). Ponieważ uczniowie zewnętrzego chi kung lecznicze­go nie muszą znać setek punktów akupunkturowych, lecz tylko kilka głównych i kilka mniejszych, nauka prze­biega szybciej i łatwiej. W starożytności istniała ożywiona wymiana kultural­na i naukowa między Chinami i Indiami. Obecnie w In­diach zewnętrzny chi kung nosi nazwę uzdrawiania pra­nicznego. Główne punkty akupunkturowe to czakry głów­ne, a mniejsze to czakry mniejsze. Na Zachodzie oraz w innych częściach świata nauczałem zewnętrznego chi kung pod nazwą uzdrawiania pranicznego. Uzdrawianie praniczne w jego obecnej postaci stosuję systematycz­nie, rozwijam naukowo i stale go nauczam. Sztukę tę przyswaja wiele tysięcy uczniów, a dzięki niej miliony pacjentów odzyskuje zdrowie. Powstała pewna różnica zdań co do liczby czakr. Czy jest ich siedem, czy więcej? Niektóre starohinduskie księgi wspominają o siedmiu czakrach. Również współ­cześni autorzy wymieniali tę liczbę. Ja osobiście uczy­łem, że czakr głównych jest jedenaście. Kto ma rację? W istocie, wszyscy albowiem w dawnych księgach ni­gdy nie stwierdzono, że istnieje tylko siedem czakr. Kluczowym słowem jest „tylko". Natomiast uczniowie lub czytelnicy zakładają, iż jest tylko siedem czakr. Takie założenie nie ma żadnego uzasadnienia. Na indonezyjskiej wyspie Bali żyje rodzina, w której posiadaniu jest literatura sanskrycka spisana na liściach palmowych. Wspomina się w niej, że oprócz siedmiu czakr istnieją jeszcze inne. W kabale występuje dziesięć ośrod­ków energii oraz jeden ukryty, a więc w sumie jest ich jedenaście. Uczeń musi pamiętać, że prawda ma cha­rakter dynamiczny, nie statyczny. Stanowi to podstawę wszelkiego postępu. Aby poznać prawdę wyższą, trzeba być gotowym do odkrywania prawd niższych. Uzdrawianie praniczne dzieli się na kilka różnych po­ziomów. Na pierwszym studenci uczą się, jak pobierać prane powietrza, czyli energię chi, i jak przesyłać ją do pacjenta. Uczą się także, w jaki sposób uwrażliwić swoje dłonie oraz jak badać czy wyczuwać ciało energetyczne pacjenta. Opanowują sztukę oczyszczania, energetyzo­wania, stabilizowania przesłanej energii, uwalniania jej oraz przecinania sznura energetycznego. Podobnie, uczą się wprowadzać pacjenta w stan większej receptywno-ści, aby przyśpieszyć proces leczenia. Są również lekcje samouzdrawiania, boskiego uzdrawiania oraz leczenia na odległość, zwłaszcza przesyłania energii pranicznej, czyli energii chi, na znaczne odległości. Na poziomie drugim studenci uczą się stosować koloro­we prany i energię chi do oczyszczania i energetyzowania pacjenta. Jest to technika o znacznie większej mocy. Na poziomie trzecim słuchacze uczą się posługiwać ko­lorowymi pranami i energią chi przy leczeniu zaburzeń psychicznych. Leczenie tego typu dolegliwości wymaga więcej czasu i wysiłku, a także większych umiejętności. Słuchacze poziomu czwartego uczą się, jak korzystać z kamieni szlachetnych, aby koncentrować energię chi, czyli energię praniczną, na pacjencie. Innych wyższych poziomów uzdrawiania pranicznego nie naucza się powszechnie, lecz tylko w zamkniętym gronie starszych uczniów. Uzdrawianie praniczne jest proste, łatwe do opano­wania i bardzo skuteczne. Znane jest we wszystkich częściach świata: w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, w Ameryce Środkowej i Południowej, Azji, Europie Wschodniej i Zachodniej, na przykład w Niemczech, we Włoszech, Szwajcarii, Rosji i w innych krajach. Do dnia dzisiejszego w Indiach powstało jedenaście fundacji uzdrawiania pranicznego. Niechaj uzdrawianie praniczne otwiera wasz umysł na świat subtelnej energii. Niechaj sztuka ta rozpo­wszechni się na całym świecie i pomoże uwolnić ludz­kość od cierpień. Oby tak się stało! Mistrz Choa Kok Sui