Poradniki

Ostatnio przeglądane

ENSO

Newsletter

Prastara terapia jajem oraz konchowanie uszu (Tadeusz Piotr Szewczyk) Zobacz większe

Prastara terapia jajem oraz konchowanie uszu (Tadeusz Piotr Szewczyk)

KS866

Nowy

Owalne jajo kurze ma niezwykłe właściwości lecznicze - od zarania dziejów Słowianie widzieli w nim moc tętniącą życiem: nie tylko zjadali,ale także wykorzystywali jako metodę wzmacniania organizmu.

Więcej szczegółów

Ten produkt nie występuje już w magazynie

14,90 zł

Więcej informacji

   Tadeusz Piotr Szewczyk - bioenergoterapeuta, kręgarz, Wielki Mistrz Reiki, propagator doskonalenia umysłu Metodą Silvy. Autor cenionych przez reikowiczów książek. Na co dzień skutecznie pomaga przy wielu dolegliwościach: depresjach, bólach kręgosłupa, prostacie, niedomaganiach układu krwionośnego, oddechowego. Współpracuje z wieloma innymi uzdrowicielami oraz organizuje szkolenia i warsztaty.   Oto nowe przepisy na zdrowie: jajo kurze oraz konchowanie uszu. Prastare metody przechowywane w tajemnicy przez znachorów odżywają w czasach współczesnych. Każdy może z nich skorzystać i pomóc innym pozbywając się uciążliwych schorzeń. Dawne metody lecznicze odkrywają moc źródeł, z których pochodzimy...  Owalne jajo kurze ma niezwykłe właściwości lecznicze - od zarania dziejów Słowianie widzieli w nim moc tętniącą życiem: nie tylko zjadali,ale także wykorzystywali jako metodę wzmacniania organizmu.   Konchowanie uszu sprawia, że uciążliwe bóle głowy ustępują podobnie jak inne dolegliwości natury psychosomatycznej.   Autor:  Tadeusz Piotr Szewczyk  Wydawnictwo:  Studio Astropsychologii  Ilość stron:  83  Format:  145 x 220 mm  Kolor:  czarno-biały  Papier:  80 g   Oprawa:  miękkaSPIS TREŚCISłowo wstępne................................................................. 7 Wstęp ....................................................................... 11 Prastara terapia jajem....................................................... 15 Wyposażenie miejsca pracy, przybory oraz przedmioty pomocnicze............... 20 Oczyszczanie jajem głowy i odczytywanie informacji........................... 22 Zdejmowanie z ciała chorych, blokujących energii oraz innych negatywnych struktur talach jak: uroki, złe oko czy magia.................... 30 Oczyszczanie pleców, nerek, serca i kręgosłupa............................... 32 Oczyszczanie jamy brzusznej oraz piersi i płuc............................... 35 Oczyszczanie nóg............................................................. 37 Oczyszczanie prostaty........................................................ 39 Dolegliwości kobiece......................................................... 41 Oczyszczanie tarczycy........................................................ 43 Praca z żylakami............................................................. 44 Praca z rakiem............................................................... 46 Odprowadzanie dusz do światłości............................................. 48 Refleksje końcowe............................................................ 56 Konchowanie i świecowanie uszu............................................... 61 Informacje ogólne............................................................ 63 Ogólne zasady konchowania uszu............................................... 65 Ogólne zasady świecowania uszu............................................... 73 Terapeutyczne oddziaływanie świec i konch.................................... 77 BHP podczas koncliowania i świecowania uszu.................................. 79 Refleksje końcowe............................................................ 80SŁOWO WSTĘPNEAgnieszka Bezubik, bioenergoterapeutka  W dobie pojawiających się nowych technik uzdrawiania, kiedy to medycyna coraz przychylniej spogląda na bioenergoterapię, wyciągając nieśmiało do niej rękę na zgodę, nadzieją napawa fakt, że do łask powracają stare metody uzdrawiania, odgrzebywane ze skarbnicy prastarej wiedzy ludowej. Szczególnie Podlasie ma wiele do zaoferowania ze swojego koszyka tejże skarbnicy. I spieszmy się spisywać tę cenną wiedzę dopóki żyją jeszcze ci, którzy się nią posługują w praktyce z doskonałym skutkiem. O tym świadczy sława naszych rodzimych uzdrowicielek, tzw. szeptuszek. Jest w tym jakaś sielskość, którą wnoszą w nasze zabiegane życie, nadając mu odrobinę tajemniczości i ciepła. Przypominają kwitnące sady i zapach pieczonego chleba. Pokazują, że każdej z technik uzdrawiających, a mających swe korzenie w wiedzy i wierzeniach ludowych, towarzyszy modlitwa. Zawsze. O tym zapomina się, kiedy mamy coraz więcej naukowych dowodów i potwierdzeń fizyków kwantowych, że jednak wiedza o energii i świecie energetycznym jest już o krok od namacalności. Doganiamy medycynę, coraz więcej psychologów jest wśród ezoteryków i ezoteryków wśród psychologów. Możemy już mieć tzw. papiery na swoje umiejętności pracy z energią, zdobywane na profesjonalnych uczelniach, szkoleniach i kursach, potwierdzone dyplomami czeladniczymi i mistrzowskimi wydanymi adeptom przez rzemieślnicze izby. I z czasem poukłada się nas i naszą wiedzę do szufladek nauki. Mam nadzieję, że zawsze jednak pozostanie do odkrycia i odkopania coś, co natchnie pasją, tajemnicą i da nadzieję na nową przygodę w uzdrawianiu, która będzie na dany moment nieznana, pobudzająca wyobraźnię i siły natury u poszukiwaczy, jak również zaprosi natchnionych duchem do wędrówki po lasach i zapomnianych wsiach. Może tam spotkają kogoś, kto im opowie, że dawno, dawno temu... Życzę takiej pasji sobie i wszystkim czytającym tę książkę. Tadeuszowi nie muszę, ponieważ znam go już lalka ładnych lat i wiem, że drzemie w nim dusza poszukiwacza i odradza się co dzień. Dlatego też jako jeden z nielicznych uzdrowicieli w Białymstoku trwa na swoim posterunku i nadal po wielu latach ma potrzebę przekazania ludziom swojej pasji poszukiwacza, modlącego się do Boga o natchnienie. Prastara terapia jajem, - tak nazwał pracowicie zebraną wiedzę, dmuchnięciem serca odkurzył z pyłu zapomnienia i niedowiarstwa. I oto podaje czytelnikowi na tacy, ofiarowuje młodym uzdrowicielom i potrzebującym jedną z wielu zapomnianych terapii i metod naturalnych, wzbogaconą o własne doświadczenia i techniczne ulepszenia. Obserwując pracę energii podczas zabiegu jajko-wania, widziałam, jak stara zużyta energia (prana) poprzez ruch jajkiem jest przez nie silnie wyciągana, wręcz wyrywana, słychać wyładowania, jakby elektryczne ładunki trzaskając niosły uzdrowienie. Wraz z nimi wychodzi z wielu warstw energia powodująca dolegliwości fizyczne, które mają w medycynie różne nazwy jednostek chorobowych. Osoba wrażliwa energetycznie może odczuwać wręcz ból energetyczny. Wydaje się, jakby w przekazanej wiedzy zabrakło jakiegoś elementu, aby ta energia delikatniej i płynniej wychodziła z ciała. Możliwe, że w najbliższych doświadczeniach taki element zostanie odnaleziony. Widziałam, jak wielu bioenergoterapeutów i uzdrowicieli osiąga podobne rezultaty stosując inne metody. Z moich obserwacji energetycznych wynika, iż nie ma to wpływu na końcowy efekt terapii. Znając pasję Tadeusza do poszukiwań i zbioru doświadczeń oraz przywiązania wręcz do metod prostych i nieskomplikowanych, takich, które dosłownie może stosować każdy. Wiem, że za jakiś czas powstanie część druga tejże książki wzbogacona o kolejne doświadczenia i wiedzę, którą przekażą mu czytelnicy. Nigdy nie skrywa wiedzy ani swego doświadczenia, chętnie dzieli się na bieżąco z każdym, a najważniejszą wiedzę przekazuje innym jakby na własnym przykładzie. W tak zmiennym środowisku uzdrowicieli i ezoteryków, pielenie wyspecjalizowanych na psychotroników, pozostaje niezmiennie trwając na obranej drodze, aby mówić wszystkim poszukującym: zobacz, metod jest tak wiele, a pośród nich niektóre proste i łatwe do zastosowania, że i ty możesz pomóc sam sobie. Do tych metod należy terapia jajem. Dziękuję Ci, Tadeuszu, że to mnie poprosiłeś o napisanie tych paru słów do tej, jakże ważnej nie tylko dla Ciebie, książki. Dziękuję za wszystkie nauki, te świadome i nieświadome, których doświadczyliśmy wędrując razem. Życzę Ci, aby twoja pasja spełnionego człowieka kwitła, aby Twoje potknięcia były nauką dla innych w myśl mądrości, którą umieściłeś jako motto w „Vademecum reikowicza": „Postaraj się, aby każde twoje niepowodzenie zaowocowało czymś dobrym i nie tylko dla Ciebie przyniosło korzyści". Sobie życzę wytrwać w tej pracy w pokorze i realności życia ludzi ezoteryki bez obłudy. Życzę sobie i innym, aby mogli mieć tyle cierpliwości i pokory oraz zrozumienia dla ludzi, którzy są wobec Ciebie krytyczni, ile Ty jej masz, a także zdrowego rozsądku do pochwał i komplementów, które dostajesz ze słowami wdzięczności z całego świata, ile Ty masz. Dziękuję wszystkim tym, którzy odsunęli się od Ciebie, ponieważ zrobili w ten sposób miejsce dla innych i ja też mogłam przy Tobie doświadczyć tego wszystkiego, o czym marzyłam i czytałam w książkach. Wiem, że niektórzy mistrzowie to, w przeciwieństwie do Ciebie, bardzo trudni mistrzowie. Dziękuję, bo inni dopiero uczą się tego, czego ja nauczyłam się od Ciebie w tak krótkim czasie, a to jest dopiero prawdziwe mistrzostwo. W krótkim czasie mogłam nauczyć się tego wszystkiego, co trudne w pracy uzdrowiciela i dlatego później osiągnęłam tak dużo pracując w tym zawodzie. Dziękuję za tych ludzi wspaniałych, poznanych przy Tobie, z którymi poznawałam światło. W miejscu, które Ty stworzyłeś i tworzysz ucząc, jak uczynić je doskonałym. Książka napisana z pasją, wiedza otulona sercem, namaszczona szacunkiem do korzeni..., przekazana jako dar dla współczesnych od człowieka, który po wielu latach pracy nadal ma pasję odkrywcy. WSTĘP  Powracamy do starych, często już mocno zapomnianych metod uzdrawiania. Zapomnianych, ponieważ znaleźliśmy się w czasach niesamowitego rozwoju wszystkich dziedzin życia, także i medycyny, farmacji oraz innych alternatywnych metod uzdrawiania. Pomimo tak znacznego postępu, chorych wcale nie ubywa, wręcz przeciwnie, powiększa się liczba zachorowań na raka czy też na cukrzycę, pojawiają się inne, nieznane dotąd choroby jak AIDS, nie skutkują skuteczne niegdyś lekarstwa albo skutkują nie we wszystkich przypadkach. Szukamy więc wciąż czegoś nowego, jakiegoś złotego środka, lecz także powracamy do starych, skutecznych niegdyś i wypróbowanych metod. Do takich właśnie metod zaliczyć można prastare praktyki uzdrawiania, zdejmowanie uroków i chorób jajem, a także konchowanie uszu. Obydwie te metody znane były i praktykowane przez starożytnych Słowian i Indian, lecz zapewne praktykowały je i inne kultury. Obecnie rozpowszechniła się metoda świecowania i konchowania uszu, przypisywana Indianom z plemienia Hopi, uwspółcześnioną i dopracowana, z pewnością doskonalsza niż ta, prowadzona w prymitywnych indiańskich warunkach. Konchowanie uszu stosowane też było w prastarej Słowiańszczyźnie, oczywiście przez obdarzone zdolnościami kobiety, tzw. babki, czy też innych uzdrowicieli, którzy oprócz wrodzonego daru, posiadali wiedzę oraz nabyte umiejętności. Wykorzystywano do tego celu lniane płótno, które nacierano gromniczną świecą z wosku, zwijano je w formie lejka i spalano w uszach. Skuteczne było również spalanie zwiniętej w trąbkę zwykłej gazety w uchu dziecka przez własną babcię. Dzieci często przechodziły zapalenia uszu, a lekarza na wsi dawniej nie było. Dziś aż trudno sobie wyobrazić, do jakiego stopnia wieś była samowystarczalna, a właściwie samozaspokajalna. Dzisiaj współczesnemu, zwłaszcza młodemu człowiekowi, trudno uwierzyć, że dawniej wzajemnie pożyczano sobie ogień, że rzeczywiście zapałki dzielono na czworo, że przeciętny rolnik był w stanie zaspokoić niemal wszystkie swoje potrzeby, posługując się w rzeczywistości bardzo prymitywnymi narzędziami, takimi jak: siekiera, kosa i sierp, młotek, radło, a później pług, drewniana brona, potem żelazna, cepy do młocki (odwiewano ziarna od plew sitem na wietrze), później pojawił się kierat, młockarnia i wialnia, prymitywne żarna do mielenia zboża na chleb, stępy do wyrobu kaszy, chlebowe piece, międlice do oddzielania paździerzy od zroszonego wcześniej lnu, szczotki do czesania lnianego włókna, kołowrotki do przędzenia i na koniec warsztaty tkackie, które musiały być obowiązkowo niemal w każdym domu. Na wsi niezbędnym zawodem był tylko kowal, krawiec i szewc, bednarz i garncarz oraz nauczyciel i ksiądz. Potrzebny był też kołodziej i rymarz, pasiecznik (dawniej bartnik). Przy pomocy siekiery, piły i świdra można było postawić każdy gospodarski budynek czy dom i to bez użycia gwoździ. Dachy pokrywano trzciną lub słomą, bardzo rzadko gontem. Barwnym zaś uzupełnieniem na wsi był muzykant, czarodziej oraz osoby potrafiące zdejmować uroki, zamawiać, uwalniać z choroby, przyjmować porody. Zwano je szeptuchami, babkami albo wiedźmami, od prastarego słowa wiedati, czyli wiedzieć (jasno widzieć). Ponieważ wieś była pozbawiona radia, telewizji, gazet i książek, to wieści roznosili chodzący po „świecie" żebracy (dziady), którzy byli z jednej strony utrapieniem, ponieważ każdego dnia przewijało się ich wielu, z drugiej zaś strony pełnili rolę mediów poprzez roznoszenie wieści. Pamiętam jeszcze, jak tuż po wojnie chodzili żebracy, którzy zadowalali się miską jakiejś strawy. Powojenna wieś była biedna, przetworów ani też zapasów za wiele nie było. Na szczęście żebraków nie było już zbyt wielu i po wsiach wkrótce przestali chodzić. Wieści przekazywano sobie także pod kościołem i w karczmie, która zwykle znajdowała się w pobliżu kościoła. Sam jeszcze pamiętam czasy tuż po wojnie, kiedy to podczas odpustu pod kościołem pojawiało się wielu dziadów (tak wtedy nazywano żebraków), pomiędzy dzwonnicą i kościołem po obydwu stronach tworzyli dwa rzędy. Mogło ich być wtedy co najmniej trzydziestu. Przed kościołem stało wówczas zaledwie kilka rowerów, a samochód przejeżdżał przez wieś raz lub kilka razy w tygodniu. Ludzie trwożnie schodzili na boki przed tym nieprzewidywalnym wytworem ówczesnej techniki. Nikt wtedy nie miał pojęcia o przepisach ruchu drogowego i w ogóle o ich istnieniu. Nikomu nie przyszło do głowy, że samochód może się poruszać według jakichś reguł. Na wszelki wypadek uciekano z ulicy w myśl zasady, ratuj się, kto może. Oczywiście, wszelkie pojazdy budziły u dorosłych i dzieci wielkie zaciekawienie, a kierowca, zwany wówczas szoferem, posiadał cechy nadprzyrodzone, ponieważ potrafił zapanować nad stalowym potworem. Kiedy z jakichś powodów szybowiec lądował w kartoflisku, zbiegała się od razu prawie cała wieś i nabożnie odnoszono szybowiec na rękach na pobliską łąkę. Na pilota spoglądano jak na biskupa i każdy rad dotknąć się choćby jego szat, bo przecież był to ktoś, kto spadł z nieba. Piszę o tym z rozrzewnieniem, ponieważ w pewnym sensie byłem jeszcze świadkiem owych czasów. Obecnie postęp cywilizacyjny i techniczny dokonuje się w zawrotnym tempie i nie dziwi już opowieść o dziecku, które nie potrafiło w lesie zrobić kupki, ponieważ nie było tam sedesu. Im bardziej odrywamy się od natury i od pierwotnych, bardzo silnych związków z przyrodą, tym bardziej okazuje się to oderwanie bolesne i sprzeczne z naturą człowieka. Stąd też z jednej strony nostalgia za odchodzącym, a z drugiej strony prawdziwa potrzeba powrotu do natury, do naturalnych metod i źródeł, które służyły człowiekowi niezawodnie przez wieki i które mogą przecież służyć dalej, ponieważ są i bezpieczne, i skuteczne, i dobre, a do tego jeszcze i proste w zastosowaniu.