Terapie antyrakowe

Ostatnio przeglądane

ENSO

Newsletter

Świat bez raka opowieść o witaminie B17 (G. Edward Griffin) Zobacz większe

Świat bez raka opowieść o witaminie B17 (G. Edward Griffin)

K637

Nowy

ŚWIAT BEZ RAKA to pierwsza taka książka na polskim rynku wiodąca czytelnika w nieznany obszar ludzkiej działalności, w którym bez skrupułów wykorzystuje się naukę w imię obrony interesów finansowych.

Więcej szczegółów

In Stock

Ostatnie egzemplarze!

41,90 zł

Więcej informacji

Książka niosąca nadzieję - dr Dean Burk, były szef wydziału chemii komórkowej przy National Cancer InstituteGriffin zerwał kurtynę tajemnicy, która skrywała temat - dr Ernst T. Krebs Jr., odkrywca witaminy B17Łowy na drodze starannych badań i analizy - dr John A. Richardson, Abany, KaliforniaPielęgniarką zostałam 23 lata temu, ale dopiero teraz mogę powiedzieć, że nie boję się UJE. Bruce, pielęgniarka dyplomowana, San Diego, KaliforniaG. Edward Griffin jest pisarzem, zajmującym się również produkcją filmów dokumentalnych. Jego nazwisko znajduje się na liście Who\'s Who in America. Griffin słynie z wyjątkowego talentu do przedstawiania trudnych zagadnień w sposób zrozumiały. W swoich filmach i książkach poruszał rozmaitą tematykę: od Systemu Rezerwy Federalnej poprzez zagadnienia bankowości międzynarodowej, archeologii, historii starożytnej, działalności wywrotowej w USA do nauki i polityki terapii raka.Ukończył Uniwersytet Stanu Michigan, gdzie specjalizował się w komunikacji i mediach. Współredaguje czasopismo The New American, jest twórcą cyklu The Reality Zonę Audio-Archives. Zajmuje stanowisko prezesa firmy American Media, zajmującej się wydawaniem dzieł audio, wideo i multimedialnych.Jest laureatem prestiżowej nagrody Telly Award przyznawane] za wybitne dzieła telewizyjne. Autor przedstawia dowody świadczące o tym, iż rak jest chorobą wynikającą głównie z braku w diecie ludzi współczesnych podstawowego składnika pokarmowego, podobnie jak w przypadku szkorbutu czy pelagry. Tym składnikiem jest witamina B17. W formie oczyszczonej B17, stosowanej w terapii raka znana jest pod nazwą letril.Medycyna ortodoksyjna nie uznaje powyższej teorii nt. przyczyny raka. Urząd ds. Żywności i Leków, Amerykański Związek Medyczny oraz Amerykańskie Stowarzyszenie Raka okrzyknęły ją wręcz oszustwem i szarlatanerią. Niemniej wydaje się, iż przedstawiane w tej książce fakty stanowią rozwiązanie tajemnicy, którąjest rak, przynajmniej w pewnym zakresie.Dlaczego ortodoksyjna medycyna wypowiedziała wojnę terapii letrilem? Autor niniejszej książki uważa, że odpowiedzi na to pytanie należy szukać nie w nauce, lecz w polityce uprawianej przez środowiska medyczne. Wojna z letrilem ma swoje źródło w nieznanych szerzej ekonomicznych dążeniach ludzi rządzących lekarskim establishmentem. W rzeczywistości okazuje się, że polityka stojąca za terapią raka jest bardziej złożona niż sama o nim nauka.ŚWIAT BEZ RAKA to pierwsza taka książka na polskim rynku wiodąca czytelnika w nieznany obszar ludzkiej działalności, w którym bez skrupułów wykorzystuje się naukę w imię obrony interesów finansowych.To nasza druga pozycja w serii Masz prawo wiedzieć. Pierwsza, „Nasiona kłamstwa", poświęcona była zagrożeniom jakie niesie dla naszego zdrowia nieodpowiedzialne wprowadzanie genetycznie modyfikowanych organizmów do ekosystemu.Decydując się teraz na wydanie książki zawierającej informacje naukowe datowane na początek lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, zdawaliśmy sobie sprawę, że zaprezentowany w niej stan wiedzy jest — w porównaniu z obecnym — niepełny. Zaważyły trzy fakty. Pierwszy to ten, że współczesnym polskim farmaceutom, lekarzom i biologom nazwisko dr. Krebsa jr. kojarzy się jedynie z „cyklem Krebsa"* a większość nie ma zielonego pojęcia o tym, że okrył on witaminy B15 i B17. Drugi zaś to ten, że takie hasła jak letril lub amygdalina u bardziej zorientowanych wywołują okrzyk „Przecież to jest trujące i nie działa!". Gdy usiłuje się drążyć temat, padają argumenty typu: „...bo uczeni amerykańscy już to stwierdzili..."; „...bo gdyby to było takie dobre i bezpieczne, to wszyscy by to stosowali..." itp. itd. Trzeci i chyba najważniejszy — w większości przypadków raka wspomagana letrilem (in. B17) kuracja dietetyczna po prostu działa. Opis sześćdziesięciu dwóch różnych skutecznej kuracji wydamy niedługo. Chcąc zadośćuczynić regułom dobrego działania, przekazaliśmy kilkadziesiąt egzemplarzy przekładu lekarzom i naukowcom. Opinię miarodajną z uwagami obejmującymi obecny stan wiedzy uzyskaliśmy jedynie od dwóch, kilku zaś przekazało swe zdanie telefonicznie. Reszta, nie wiedzieć czemu, nie zdołała do chwili przekazywania książki do druku podzielić się z nami swoim zdaniem. Dziwne to. Mamy nadzieję, że nie jest to objaw dysonansu poznawczego.Ci pierwsi dwaj podkreślali, że twierdzenie autora o „jednolitej teorii raka" w świetle obecnej wiedzy jest w zasadzie bez sensu, a zgodnie z uwagami, które poczynili na marginesach trudno się było z ich zdaniem nie zgodzić. Większość uwag dotyczyła, co było zresztą łatwe do przewidzenia, rozdziałów 4 i 5. Pozwalamy sobie przedstawić je tu hasłowo.Obecnie z pozyskiwanych od człowieka trofoblastów hodowane są linie komórkowe o właściwościach onkogennych.. Ale jedynie część nowotworów ma swój prawdopodobny początek w mutacji komórek macierzystych — to właśnie to autor nazywa w książce „przedobrzeniem w zdrowieniu". Zwrócono uwagę na podnoszone w książce zagrożenia wywołane tabletkami antykoncepcyjnymi — te produkowane obecnie zawierają niewielką ilość estrogenu i nie zagrażają zdrowiu kobiety. Co do wykrywania raka testem na hCG — to nie jest on uniwersalny. W tej chwili stosuje się mnóstwo różnych testów, polegających na wykrywaniu innych znaczników — zainteresowanych odsyłamy do specjalistycznych portali internetowych, w których zostały one dokładnie opisane. Lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, czyli czas, w którym powstawała książka, to początek współczesnej immunologii — dlatego niektóre twierdzenia przedstawiane w książce wywołują uśmiech na twarzy współczesnych naukowców.Nie mniej samo działanie Bl7 wewnątrz komórek raka nie budziło zastrzeżeń, a kilku lekarzy stwierdziło wręcz, że jest to dla nich rzecz zupełnie nowa i ciekawa — choć nie mieściło im się w głowie, iż fakt ten może być celowo umniejszany przez naukę amerykańską. Musimy w tym miejscu z podkreślić, że jeżeli nawet „jednolita teoria raka" opisywana przez autora nie jest w pełni słuszna, nie oznacza to, że opisywane działanie witaminy B17 jest fikcją. Witamina B17, inaczej letril lub amigdalina, działa — potwierdzają to prowadzone w wielu miejscach na świecie skuteczne terapie opierające się na suplementowanej diecie, a skuteczność B17 w niszczeniu komórek raka została wielokrotnie potwierdzona.Dlatego stwierdziliśmy, że warto i należy przestawić polskiemu czytelnikowi historię witaminy Bi7, tym bardziej, że przedstawiona na tle historycznym część poświęcona działaniom amerykańskiego establishmentu w zwalczaniu tej substancji i lekarzy ją stosujących będzie dla czytelnika niezwykle ciekawa i pouczająca — zwłaszcza dla bezkrytycznych wielbicieli tzw. „wolnej konkurencji" w wykonaniu koncernów ponadnarodowych.Uważamy również, tak jak autor, że każdy ma prawo samodzielnie decydować o wyborze sposobu leczenia i jeśli trafi na nieszkodliwą metodę mogącą mu pomóc, to winno zależeć tylko od niego, czy zechce ją zastosować, czy też nie. A lekarz winien mu w tym ze wszystkich sił pomagać, zgodnie ze złożoną przysięgą.OSTRZEŻENIENiniejsza książka zawiera dowody potwierdzające pewną szczególną teorię o raku: teorię mówiącą że jest on chorobą spowodowaną niedoborem w diecie. W myśl tej tezy zewnętrzną jego przyczyną nie są bakterie, wirusy czy też nieznane toksyny Powoduje go przede wszystkim brak określonej substancji w diecie człowieka współczesnego. Jeżeli owa teoria jest prawdziwa, to leczenie raka oraz zapobieganie powinno być proste: trzeba wprowadzić ową substancję z powrotem do naszych posiłków — substancję nota bene tanią i łatwą do uzyskania.Ta teoria jest wielce obiecująca: może dać nam świat bez raka — i to bardzo szybko, a nie „kiedyś, za jakiś (bliżej nieokreślony) czas". Jednocześnie pozwoliłaby przeznaczyć wydawane obecnie na badania i leczenie raka miliardy dolarów na inne cele.Oznaczałoby to, rzecz jasna, że ponad milion dobrze opłacanych specjalistów zatrudnionych przy badaniach raka, jego leczeniu i pozyskiwaniu na to funduszy utraci pracę. Do tych właśnie ludzi zwróciliśmy się o fachową opinię na temat letrilu, podstawy dietetycznej terapii raka — i tu właśnie, drogi Czytelniku, sprawa robi się naprawdę interesująca.Nie powinno raczej dziwić, że owi eksperci odrzucili teorię niedoboru pokarmowego jako powodu raka. Nie byli nią zainteresowani i nic ciekawego w niej nie znaleźli. Dlaczego? Ano dlatego, że świat bez raka oznaczałby dla nich brak pracy, inaczej mówiąc — pozbawiłby ich środków do życia. Świat bez raka zniszczyłby również ich reputację, reputację ekspertów w dziedzinie leczenia raka. Pomyślmy tylko! Lek na raka, odnaleziony w nasionach owoców, a nie w laboratoriach naukowych, w dodatku odkryty przez ludzi pracujących bez finansowania ze strony państwa i mnóstwa budzących szacunek dyplomów naukowych na ścianach gabinetów!Dlatego zorganizowana, tradycyjna medycyna Zachodu postanowiła przemówić: letril to oszustwo, szarlataństwo, a leczenie raka letrilem jest terapią której skuteczności „nie udowodniono". Przyjrzyjmy się bliżej temu zwrotowi: „nie udowodniono". Dla większości z nas „nie udowodniono" oznacza, że brak na coś dowodów. Ale czym jest w tym przypadku dowód? Dowód nie jest pojęciem absolutnym. Nie ma czegoś takiego jak dowód sam w sobie, sensu stricto. Jeżeli dowód, świadectwo na zaistnienie czegoś, jest wystarczająco przekonujący dla jednego obserwatora, to mówi on, że owo coś posiada dowód, i tym samym teza, iż coś istnieje jest dla niego „udowodniona". Natomiast inny obserwator może stwierdzić, że ten dowód go nie przekonuje, to coś dla niego nie istnieje, zaś teza pozostaje dlań „nieudowodniona".Na dalszych stronach znajduje się wiele dowodów na słuszność teorii o żywieniowym podłożu raka. Jest ich wystarczająco dużo, by przekonać większość ludzi, iż teoria niedoboru żywnościowego jest „udowodniona". Jednak amerykański Urząd ds. Żywności i Leków, FDA [Food and Drug Ad-ministration], używa słowa „udowodniony" w zupełnie innym znaczeniu. Dla FDA jest to termin techniczny. Kiedy Urząd stwierdza, że jakaś terapia medyczna jest „udowodniona", oznacza to tyle, że jej propagatorzy spełnili wymogi protokołów (procedur) stworzonych przez FDA testów bezpieczeństwa i skuteczności. Należy przy tym mieć świadomość, że przeprowadzenie owych testów zgodnie ze standardami FDA wcale nie oznacza (pomimo słowa „udowodnione"!), że dana terapia jest skuteczna i bezpieczna dla zdrowia! Co zatem to oznacza? Jedynie to, że testy takie przeprowadzono, oceniono ich wyniki, zaś FDA dopuściło taką terapię na rynek medyczny... często pomimo fatalnych wyników takich testów...Gdyby pacjenci poddawani terapiom raka zatwierdzonym przez FDA mogli poznać wyniki testów tych terapii, to najpewniej zdębieliby ze zgrozy. Testy te wcale nie stwierdzają skuteczności czy bezpieczeństwa owych terapii, nie po to je bowiem stworzono. Celem testów jest jedynie ustalenie śmiertelnej dawki specyfików wykorzystywanych w danej terapii, to znaczy takiej, która spowoduje śmierć połowy testowanych zwierząt1. Testy FDA mają również na celu ustalenie procenta pacjentów, na których terapia zadziała w sposób „korzystny" — zwykle jest to 8 do 9 procent. Co więcej, działanie „korzystne" według FDA oznacza dowolną poprawę stanu pacjenta, choćby najmniejszą — nawet tymczasowe zmniejszenie się guza nowotworowego. Widać zatem, iż termin ten rzadko kiedy oznacza „całkowite wyzdrowienie". Jeżeli owe testy czegokolwiek dowodzą, to z pewnością tego, że dopuszczone przez FDA terapie nie są ani bezpieczne, ani też skuteczne.Przyjrzyjmy się stronie finansowej. Przeprowadzenie procedur testowych FDA jest bardzo drogie. Autorzy nowej terapii muszą zatem tworzyć liczne zespoły badawcze oraz sporządzać tysiące stron wyników. Kompletne raporty z testów potrafią ważyć setki kilogramów i tworzą sterty wyższe od dorosłego człowieka. Testy mogą się ciągnąć latami i kosztować ponad 200 milionów dolarów.W tę grę według zasad FDA mogą grać tylko wielkie koncerny farmaceutyczne. (Skarżą się co prawda głośno na koszty testów, lecz po cichu je akceptują — są bowiem świadome, iż w ten sposób nie muszą obawiać się konkurencji ze strony mniejszych firm.) Wiedzą, że potenq\'alne zyski z wprowadzenia na rynek nowego produktu warte są poniesionych wydatków. Pojawia się tu pytanie: kto chciałby wydać tyle pieniędzy na badanie produktu, którego nie mógłby opatentować? Nie można wszak opatentować żadnych substancji pochodzenia naturalnego, a jedynie te stworzone przez człowieka. I jeśli znalazłaby się firma, która zechciałaby wydać 200 milionów dolarów na uzyskanie aprobaty FDA dla substancji naturalnej, to narażałaby się na ryzyko, że jej konkurenci będą mogli sprzedawać ten sam produkt, ona zaś nigdy nie odzyskałaby poniesionych kosztów.Warto sobie uświadomić, że póki obowiązuje obecne prawo, to w ramach terapii raka dopuszczane będą jedynie substancje opatentowane — to znaczy takie, do których ktoś ma prawa patentowe. Żadna naturalna substancja lecząca raka lub jakąkolwiek inną chorobę nie będzie legalnie dostępna w obrocie. Oczywiście dopóty, dopóki ktoś nie będzie mógł zmonopolizować jej źródeł lub nie opatentuje jej przetwarzania. Nawet jeśli dana substancja naturalna jest zdrowa i skuteczna w leczeniu, nawet jeżeli wielu łudzi odzyska dzięki niej zdrowie, to zostanie zawsze okrzyknięta substancją o „nie udowodnionym" działaniu terapeutycznym. Dlatego przepisywanie, promowanie, a niekiedy nawet i używanie tanich bądź darmowych leków będzie [w USA] zawsze nielegalne.2Stąd niniejsze ostrzeżenie. Ale nawet bez tego chorzy na raka winni wybierać sposób leczenia z wielką ostrożnością — tak bowiem nakazuje zwykły, zdrowy rozsądek.Zostałeś więc, Czytelniku, ostrzeżony: oficjalnie letril jest środkiem leczniczym o nieudowodnionym działaniu. Autor tej książki jest badaczem i pisarzem, a nie lekarzem. Fakty przedstawione w tej książce mają charakter informacyjny. Nie są one zaleceniami lekarskimi. Celem tej publikacji jest przede wszystkim umożliwienie ludziom świadomego wyboru terapii. Każdy może bardzo wiele zrobić w dziedzinie profilaktyki raka, lecz nie zaleca się samodzielnego leczenia klinicznych przypadków tej choroby. Każda terapia raka, włącznie z terapią opartą o dietę, winna być przeprowadzana pod nadzorem wykwalifikowanych lekarzy.PRZEDMOWAProblem walki z rakiem można porównać do sceny teatru. Otóż od czasu pierwszego, amerykańskiego wydania tej książki na tej scenie rozgrywa się swego rodzaju dramat. Oczywiście większość aktorów tych spektakli ustąpiła miejsca swoim dublerom, lecz fabuła dramatu nie zmieniła się do dziś. Jaka zatem ona jest?Każdego roku tysiące Amerykanów wyjeżdża do Meksyku i Niemiec, by przejść terapię letrilem. Dzieje się tak, bowiem letrił został praktycznie zakazany w Stanach Zjednoczonych. Większość tych pacjentów dowiedziała się, że cierpi na raka i że ma przed sobą co najwyżej kilka miesięcy życia. Mimo to niewiarygodna wręcz liczba tych ludzi wyzdrowiała i do dziś cieszy się pełnią życia. Jednakże FDA, AMA, Amerykańskie Stowarzyszenie Raka oraz ośrodki badań nad rakiem wciąż powtarzają z uporem, iż letril to oszustwo. Według tych instytucji ludzie leczący się letrilem, zawdzięczają zdrowie „spontanicznej remisji" raka... lub wręcz nigdy nań nie chorowali!Jeżeli ktokolwiek leczony letrilem umrze, rzecznicy ortodoksyjnej medycyny od razu krzyczą: „Widzicie? Letril nie działa!" A choć jednocześnie każdego roku setki tysięcy chorych na raka umiera po operacjach onkologicznych, naświetlaniu i chemioterapii — to nadal uważa się, że terapie te są „bezpieczne dla zdrowia i skuteczne".Przeciętny amerykański pacjent wydaje na terapię letrilem od 5000 do 25000 dolarów. To dużo pieniędzy, lecz w porównaniu z kosztami konwencjonalnego leczenia są to po prostu grosze. Niemniej ortodoksyjni lekarze nigdy nie przepuszczą okazji, by twierdzić że specjaliści stosujący terapię letrilem to chciwi szarlatani i oszuści, bogacący się na ludziach chorych i przerażonych wizją raka.To wręcz klasyczny sposób — zarzucić oponentowi dokładnie to, co czyni się samemu. Za normalny uważa się dziś taki oto obrazek: stare małżeństwo oddaje oszczędności życia klinice onkologicznej oraz rzeszy lekarzy i techników medycznych w złudnej nadziei, że ocalą chorego współmałżonka. Czasami taka para musi sprzedać dom, by pokryć koszty leczenia. Najbardziej jednak bulwersującym jest fakt, iż w większości przypadków lekarze z góry wiedzą, że terapia przyniesie jedynie krótkotrwałą poprawę zdrowia. I bardzo rzadko zdarza się, by wspomnieli o tym zdrowemu współmałżonkowi.Dlatego gdy zdarzy się państwu usłyszeć z ust rzecznika ortodoksyjnej medycyny zarzuty pod adresem „tych chciwych, obmierzłych terapeutów od letrilu", poczekajcie aż skończy i pójdzie na parking, by pojechać do domu. Prawdopodobnie odjedzie swoim nowym jaguarem.Kontrowersje wokół letrilu narosły już w latach 70., lecz różnica między tamtym czasem a obecnym polega na jednej rzeczy: dziś media nie interesują się tym tematem. Brak doniesień o letrilu i wspomnianych wyżej kontrowersjach sprawia fałszywe wrażenie, iż letril już wcale nie cieszy się popularnością. Nic bardziej błędnego — liczba pacjentów lecząca się tym środkiem idzie co roku w tysiące. Sugerowano nawet, że media zignorowały temat letrilu dlatego, iż po wielu artykułach i enuncjacjach prasowych w całych Stanach stał się bardzo popularny. Ludzie postanowili spróbować terapii letrilem — i to pomimo negatywnych opinii! W końcu skoro lekarze powiedzieli im, że niedługo umrą, to czym mogli jeszcze zaryzykować? Właśnie dlatego powstały kliniki leczące letrilem w Meksyku. Kolejnym powodem dla którego media ignorują letril może być fakt, że w tej sprawie nie mówi się nic nowego. Ponownie pojawiające się wokół letrilu polemiki są jedynie powtórzeniem sporów i walki argumentów, które już kiedyś miały miejsce.Weźmy przykład z roku 1977: rodzice niemalże uprowadzili własne dziecko do Meksyku — po to, by władze stanu Massachusetts nie zmusiły go do chemioterapii. Ich syn, Chad Green, chorował wtedy na białaczkę, zaś jego rodzice postanowili leczyć go terapią dietetyczną. Ten przypadek to przykład ceny, jaką Amerykanie płacą za umożliwienie rządowi decydowania o tym, co jest najlepsze dla nich i ich rodzin. Bowiem kiedy pewne grupy interesu urosną w siłę na tyle, iż decydują o przepisach państwowych, to właśnie one, a nikt inny, zmuszają nas do robienia tego, co im się podoba. Oczywiście „w imię naszego dobra".Przypadek Chada Greena trafił na pierwsze strony gazet i do najważniejszych wiadomości w telewizji i radiu. Niestety wielu, naprawdę wielu innym dzieciom, które spotkał podobny los amerykańskie media nie poświęciły już tyle uwagi. I tak w 1999 roku Jamesowi i Donnie Navarro lekarze oznajmili, iż ich 4-letni syn Thomas ma złośliwego guza mózgu. Guza usunięto operacyjnie. Wynik: Thomas stracił mowę i wzrok, a także nie mógł chodzić. Kiedy lekarze oznajmili państwu Navarro, że dziecko będzie musiało trafić na chemioterapię i naświetlania, rodzice postanowili poczytać fachową literaturę medyczną. Odkryli, iż chemio- i radioterapia najprawdopodobniej jeszcze bardziej upośledziłaby mózg Thomasa — i raczej nie byłoby mowy o dłuższym przeżyciu dziecka. Państwo Navarro postanowili wypróbować inną terapię raka — tak zwaną terapię antyneoplastonami, przeprowadzaną w Instytucie Badawczym Stanisława R. Burzyńskiego w Houston. Wtedy do sprawy wtrąciła się FDA: zabroniła dr. Burzyńskiemu leczyć chłopca zanim ten nie przejdzie chemio- i radioterapii. Pan Navarro tłumaczy całą tę sytuację:— FDA nie rozumie, że jeżeli zgodzimy się leczyć Thomasa w tak niszczycielski sposób, to prawdopodobnie nie będzie sensu leczyć go później.Kiedy James Navarro nie zgodził się z zaleceniami lekarzy zaczął otrzymywać nieprzyjemne telefony od personelu szpitala. Jeden ze szpitalnych onkologów groził nawet podaniem pana Navarro do sądu stanowego. Jednakże ten nie ustępował, więc ów onkolog zwrócił się do agencji ds. opieki nad dziećmi i oskarżył oboje rodziców o molestowanie dziecka. W roku 1980 słynny aktor Steve McQueen również trafił na pierwsze strony gazet: udał się do Meksyku, gdzie zamierzał leczyć się za pomocą letri-lu oraz innych terapii alternatywnych. Kiedy cztery miesiące później zmarł — po zabiegu chirurgicznym — prasa amerykańska miała wtedy używanie, wmawiając Amerykanom, że letril wcale nie pomógł McQueenowi.Jakimś dziwnym trafem media zapomniały wyjaśnić, że McQueena wyleczono z raka letrilem, zaś w jego podbrzuszu pozostał jedynie nieszkodliwy guz. (Większość guzów składa się z tkanki rakowej i nieszkodliwej.) Po terapii McQueen tryskał zdrowiem. Postanowił usunąć ów guz w celach estetycznych, by go nie szpecił. I to właśnie komplikacje pooperacyjne zabiły McQueena — a nie rak. W największych dziennikach ani słowem nie wspomniano o wyleczeniu raka. Miliony Amerykanów pod wpływem tych informacji uznały, że letril to kolejne hochsztaplerstwo. To zjawisko jest typowym przykładem nastawienia mediów, które stało się immanentną częścią polityki uprzedzeń wobec letrilu — uprzedzeń, które trwają do dziś.Najlepszym przykładem takiego zjawiska są tak zwane „prace naukowe", które przeprowadzono w największych amerykańskich ośrodkach badań nad rakiem. Miały one ustalić, czy letril działa, czy też jest wyłącznie oszustwem. Udział w nich wzięły Mayo Clinic oraz Memoriał Sloan-Kettering Cancer Center. Dane z owych badań rażą dowodami manipulacji tak wyraźnymi i wymownymi, że postanowiłem poświęcić im cały rozdział tej książki. Jeżeli nie chcecie przeczytać tej książki — przeczytajcie chociaż ten rozdział. Z pewnością po jego lekturze pogląd czytelnika na uczciwość amerykańskich badań medycznych zmieni się diametralnie. Niemniej prace z Mayo i Sloan-Kettering są jedynie kontynuacją pseudonaukowych badań podejmowanych w obronie interesów zrodzonych jeszcze na początku lat 70.Pomimo, iż zdarzyło się wiele od pierwszego wydania tej książki, historia w niej opisana w zasadzie się nie zmieniła. Kolejne wydania wymagały zaskakująco niewielu poprawek czy dopisków — a to bardzo zła informacja, zwłaszcza jeżeli chodzi o wolność wyboru terapii raka. Letril — z tym słowem po raz pierwszy spotkałem się latem 1971 roku. Wtedy to nieżyjący już dr John Richardson i ja spędzaliśmy krótkie wakacje w stanie Oregon, starając nacieszyć się pięknem tej krainy. Piszę „starając się", bowiem drogi mej pamięci pan doktor, będąc wyjątkowo silną osobowością, przywiózł ze sobą sporą aktówkę. I nie miał w niej wcale drobnego sprzętu wędkarskiego. Zawierała ona nieskończone ilości listów, dokumentów badawczych i książek, a wszystkie na jeden temat: „L-mandelonitrylo-betaglukuronizydy w terapii raka u ludzi".Z początku tematyka ta była dla mnie równie interesująca, co opisy badań naprężeń wewnętrznych w konstrukcji mostów kratownicowych. Oczywiście oba te zagadnienia z pewnością fascynują lekarzy i inżynierów, których zawody łączy ze sobą zamiłowanie do pełnych zawiłości szczegółów odnośnych teorii i wzorów. Mnie nieskończenie bardziej ciekawiły gęste, zielone lasy i bulgoczące strumienie Oregonu i jestem pewien, że moje zniecierpliwienie stawało się coraz bardziej widoczne. Mój towarzysz zanudzał mnie jednak z uporem godnym buldoga, który ucapił siedzenie czyichś spodni. Doktor koniecznie chciał, bym przeczytał wstępny szkic artykułu, który przygotowywał do publikacji w czasopismach.Czytając rękopis po raz pierwszy, zdałem sobie sprawę z pewnej istotnej rzeczy: pomimo, iż było dość dowodów na to, że terapia witaminami skutecznie zwalcza raka, to istniały jakieś moce, które usilnie dokładały starań, by nikt się o tym nie dowiedział. Zareagowałem tak, jak każdy normalny człowiek — zapytałem doktora sceptycznie:— Kim są ci oni, John? Na Boga, komu zależy na tym, żeby ukrywać lekarstwo na raka? Zdawałem sobie sprawę, że ten temat mnie wciągnął. Byłem wtedy jeszcze pełen wątpliwości, niemniej już kroczyłem ścieżką, która doprowadziła mnie do odkrycia jednej z najbardziej niezwykłych historii XX wieku. Dlatego ambitnym celem tej książki jest przedstawienie Wam owej historii oraz próba znalezienia odpowiedzi na pytanie: „Kim są ci oni, John?"SPIS TREŚCI PRZEDMOWA/11 CZĘŚĆ PIERWSZA: NAUKA A TERAPIA RAKA /15 Rozdział 1. Syndorm Watergate /17 Rozdział 2. Ludobójstwo na Manhattanie / 32 Rozdział 3. Jabłuszko codziennie / 47 Rozdział 4. Test rozstrzygający / 55 Rozdział 5. Rak: fala życia / 64 Rozdział 6. Jak to działa / 73 Rozdział 7. Cyjankowy terror /81 Rozdział 8. Letrilowe „oszustwa" / 89 Rozdział 9. „Nieudowodnione" działanie leków / 97 Rozdział 10. Leki na raka o „udowodnionym działaniu" /115 Rozdział 11. Nowy rodzaj zabójstwa /128 Rozdział 12. Statystyka /141CZĘŚĆ DRUGA: POLITYKA A TERAPIA RAKA /149 Rozdział 13. Kartele - ucieczka przed konkurencją /151 Rozdział 14. Monopol absolutny /164 Rozdział 15. Gry wojenne /172 Rozdział 16. Spisek /187 Rozdział 17. Grupa Rockefellera / 200 Rozdział 18. Recepta na dobroczynność / 210 Rozdział 19. Kto płaci...? / 221 Rozdział 20. ...i kto wymaga? / 228 Rozdział 21. Płatna protekcja / 234 Rozdział 22. Arsenał przymusu / 248 Rozdział 23. Podwójny standard, podwójna moralność / 256 Rozdział 24. Stawka większa niż życie / 266 Rozdział 25. Motywacja / 276 Rozdział 26. Świat bez raka / 292 Bibliografia / 301 Indeks / 304

Klienci którzy zakupili ten produkt kupili również: